• Wpisów:380
  • Średnio co: 4 dni
  • Ostatni wpis:3 lata temu, 09:42
  • Licznik odwiedzin:28 248 / 1631 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 

Angeline wciąż leżała w takiej samej pozycji, w jakiej zostawił ją Creig- czerwone od płaczu oczy piekły ją niemiłosiernie, podobnie jak policzek, ale to nie ból fizyczny był najgorszy. Nie sądziła, że ten dzień może zakończyć się tak dramatycznie. I że jej romans z Creigiem zakończy się tak boleśnie- dosłownie i w przenośni. Nagle usłyszała odgłos otwieranych drzwi, podniosła się gwałtownie.
– Creig – wyszeptała, niemalże z nadzieją w głosie, ale zamarła na widok osobnika, który wszedł do celi.
***
Robby z uśmiechem zamknął za sobą drzwi. Zerknął na dziewczynę i dostrzegł czerwony ślad na jej policzku. To chyba nie mój... – Przyszło mu do głowy, bo rana wyglądała na całkiem świeżą. Kucnął przy dziewczynie i lekko przechylił głowę.
– Czego chcesz? – zapytała zdławionym głosem, a on uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– Creig musiał być bardzo wzburzony, skoro zostawił drzwi otwarte, nie sądzisz? – nie odpowiedział na jej pytanie. Prawda jest taka, że i tak by się tu dostał, Joseph dał mu wczoraj komplet kluczy do wszystkich cel. Ale dziś okazały się niepotrzebne.
– Trochę źle zaczęliśmy swoją znajomość... – powiedział z lekko ironią rozkładając ręce jak polityk- Gdybym wiedział, że mam do czynienia ze swoją... koleżanką z dzieciństwa, może byśmy bardziej się polubili- z satysfakcją odnotował, że zmarszczyła brwi, zupełnie nie rozumiejąc o co mu chodzi.
– Co masz na myśli? – zapytała ostrożnie, a wtedy on wyjął z kieszeni złoty łańcuszek i pomachał nim przed jej nosem. Na sekundę wybałuszyła oczy, zaraz jednak się opanowała.
– Skąd to masz? – jej głos stał się odrobinę pewniejszy. Do czego on zmierza? Bez problemu rozpoznała łańcuszek: wszystkie dzieci z sierocińca u sióstr takie miały.
– Z twojego domu – odparł bez cienia skrępowania, a ona przyjrzała mu się dziwnie. Ten wisiorek wiele dla niej znaczył, postanowiła jednak udawać nonszalancję.
– I tak ci się spodobał? To czemu mi go pokazujesz? – może on tak naprawdę nie ma pojęcia skąd pochodzi wisiorek. Spojrzał jej głęboko w oczy, przybrał poważną minę i schował medalik z powrotem do kieszeni, po czym sięgnął po coś pod koszulkę. Angeline wciągnęła głośno powietrze, czy on zamierza się rozebrać?- W jej głowie natychmiast pojawił się obraz dwóch mężczyzn którzy już kiedyś próbowali ją zgwałcić. Nagle on, nie przerywając kontaktu wzrokowego, wyciągnął coś spod rąbka koszuli przy szyj i pokazał jej... taki sam wisiorek! Spojrzała na niego, rozchylając usta ze zdziwienia, niezdolna do jakiejkolwiek reakcji, on zaś szybko schował krzyżyk z powrotem.
– Ty....ty jesteś..byłeś... – nie była w stanie wykrztusić odpowiednich słów.
– Tak – odparł po prostu– Od piątego do osiemnastego roku życia mieszkałem w bidulu – Był ciekawy jej reakcji, ona zaś pokiwała tylko głową.
– Ja byłam od urodzenia – zmarszczył brwi, trochę go to zdziwiło.
– Jaka matka oddaje noworodka do bidula? – zapytał ostro, ze znaną sobie gwałtownością.
– Jaka matka oddaje tam pięcioletnie dziecko? – zawtórowała mu. Przez ułamek sekundy zrobiło się jej go żal. Ona nie miała żadnych wspomnień, nie wiedziała jak to jest mieć rodziców, czy jakichkolwiek opiekunów. On wiedział. I stracił. Po tym co kiedyś powiedział jej Creig już mu nie zazdrościła.
– Gówniana matka – odparł lekko i rozsiadł się obok niej na pryczy, ona zaś zwinęła się w jak najmniejszą kulkę na samym brzegu. Zaśmiał się ochryple widząc to i brutalnie złapał ją za rękę, po czym przyciągnął bliżej do siebie. Z początku się przeraziła, ale już nauczyła się, że dopóki wszystko idzie po jego myśli, nie zrobi jej krzywdy.
– Co z naszym przewozem? – zapytał mimochodem, a w niej wezbrała nowa fala złości.
– Nic!– powiedziała przez zaciśnięte zęby– Nic wam nie powiem!– Spodziewała się wybuchu gniewu, tymczasem Robby patrzył na nią jakby takiej właśnie odpowiedzi się spodziewał. Na chwilę zapadła zupełna cisza.
– Pamiętasz siostrę Rebeckę?– mimowolnie w jej głowie pojawiły się wspomnienia wysokiej, otyłej siostry, chociaż nieraz dostała od niej manto, lubiła ją. Pokiwała lekko głową.
– Nie raz dostałem od niej lanie...– uśmiechnął się szyderczo. Przez następne pół godziny Angeline trochę się rozkręciła, słuchała jego wypominek, później zaczęła dorzucać własne, czuła się rozluźniona, nigdy nie miała okazji tak z kimś porozmawiać- kto zrozumie sierotę lepiej niż inna sierota?- Przed oczami stanął jej obraz Creiga. On nigdy nie zrozumie...żeby nie wiem jak się starał. Siedziała swobodnie oparta o ścianę, z lekkim uśmiechem na ustach, kiedy Robby pochylił się lekko w jej stronę, jego ręce zaś powędrowały za nią...nie protestowała, patrzyła mu tylko w oczy. Wiedziała, że teraz już niewiele może ją czekać. Co miała do stracenia?
Robby przytknął usta do jej warg, na chwilę straciła orientację, nie mogąc połapać się we własnych zmysłach, kilka sekund później mężczyzna oderwał się od niej i przetarł dłonią usta.
– No...– wykrzywił usta w uśmiechu– Już wiem co on w tobie widział. Cicha woda...– nagle na jego twarzy pojawił się groźny błysk.– Spodobasz się szefowi– otworzyła szeroko oczy i chciała wstać, poczuła, że nie może poruszyć nadgarstkami, odchyliła się lekko do tyłu..związane!
– Wybacz kochanie...– powiedział z udawanym, przepraszającym tonem.– Nie byłaby z nas dobra para.– zaczęła krzyczeć, ale wtedy on założył jej co na głowę i wszystko spowiła ciemność...mimo to nie przestawała wrzeszczeć, w pewnym momencie poczuła, że bierze ją na ręce i zaczyna gdzieś nieść.
– Zaraz przestanie się tak drzeć...– Usłyszała jakiś inny, męski głos. Creig? Nie, ten głos był wyższy. W pewnej chwili poczuła mocne uderzenie w tył głowy...przestała się wyrywać i straciła przytomność.
***
– No i po krzyku..– Powiedział Robby wkładając dziewczynę do samochodu i odwrócił się do swoich kompanów.
– Zawieźcie ją i zaraz wracajcie.– Tony i Paul pokiwali głowami i minutę później odjechali, Robby zaś chwilę popatrzył za odjeżdżającym samochodem i wrócił z powrotem do budynku.
  • awatar Zakira Luna: @Panna15: Kochana, ten komentarz doskonale świadczy o tym, że jednak nie czytasz ;) Gdybyś przeczytała wiedziałabyś doskonale o co chodzi- Lisa miała na myśli zupełnie coś innego... może przeczytaj ten rozdział "jeszcze raz" i powiedz mi w takim razie skąd i gdzie Creig w nim wraca, bo może to moje własne niedopatrzenie w mojej własnej historii ;)
  • awatar Panna15: Coooo??? Myślałam że on nie wróci xdd Sorki za niekomentowanie czy coś ale po prostu czasem nie miałam czasu ;/ ale zawsze czytam :* zapraszam w między czasie do siebie
  • awatar Lisa Angels: Wiedziałam! Po prostu wiedziałam, że kiedyś Creig wróci, a ja już gdzieś wywiozą. Ale szczerze trochę mnie zawiodła, że dała się tak wykiwać tej gnidzie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Świetna! Porywająca! Nie możesz się oderwać!
Myślę że te trzy słowa w zupełności wystarczą na opisanie jej... cała trylogia, pochłonięta w cztery dni! Dla miłośników fantasy, coś nowego - okazuje się że trolle wcale nie muszą być zielone i odrażające
Nie powielajcie moich błędów- przed przeczytaniem poczytałam recenzje w internecie i mocno się zniechęciłam... teraz kompletnie nie rozumiem, czym te książki zasłużyły sobie na tak słabe recenzje... Czytajcie koniecznie!
10/10

  • awatar Zakira Luna: @Kowalski, opcje!: jak najbardziej :)
  • awatar Kowalski, opcje!: Dla miłośników fantasy czyli dla mnie.
  • awatar Zakira Luna: @Panna15: hm... "Szeptem", cała seria "Dom Nocy", seria "Klątwa Tygrysa" i może "Bogini Oceanu" To tak na początek ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
W głowie się nie mieści... Historia małego chłopca, bitego i maltretowanego przez ojczyma, życie nawet później, kiedy już uwolnił się z rąk tyrana wciąż było pełne cierpień i potknięć... nie mogłam czytać więcej niż kilka stron dziennie, najgorsze w tym wszystkim jest to, że to jest AUTENTYCZNA historia... jak mam to ocenić? Jak mam powiedzieć, czy książka mi się podobała czy nie? NIe potrafię...
 

 
Kolejny tom sagi "Szukaj mnie wśród lawendy" za mną- tym razem rozpatrywałam problemy Zosi, bliźniaczej siostry Zuzanny, z którą spotkałyście się wczoraj... co tu dużo mówić, książka podobała mi się jeszcze bardziej od poprzedniej części, nawet jeżeli zupełnie nie rozumiałam końcowych motywów bohaterki...Mimo to polecam Niestety, z przyczyn o których kiedyś być może Wam opowiem (to całkiem zabawna historia) nie będę miała okazji przeczytać części trzeciej... siła wyższa

7/10 +1 za niespodziankę
 

 
To właśnie z tą książką wkroczyłam w nowy rok i wydaje mi się, że był to dobry wybór- poszło gładko, lekko i harmonijnie… nie jest to lektura, która poruszyła we mnie jakąś głęboko ukrytą strunę, nie mam po niej praktycznie żadnych przemyśleń czy rozważań, nie mniej jednak czytało mi się bardzo przyjemnie: pochłonęłam ją w całości „za jednym posiedzeniem”, kiedy bezsenność znów dała mi się we znaki… trochę rozczarowałam się opisami, które jak dla mnie były bardzo skromne, nie dałam się wciągnąć w kraj cudownie pachnącej lawendy.
Ale też zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona! słowem wstępu: nie lubię książek polskich autorów (to ci paradoks), po prostu w jakiś sposób mnie odrzucają, po tę sięgnęłam ponieważ… nic innego nie było w domu, a chciałam odnaleźć coś nowego…
Niespodzianka: nad każdym nagłówkiem kolejnego rozdziału znajduje się nazwa oraz wykonawca utworu, który autorka podsuwa nam jako dopełnienie samych słów… jak dla mnie bomba. Jeżeli Lisa Angels dobrnęła do tego momentu, pewnie też jest zachwycona Nigdy się z czymś takim nie spotkałam i nie spodziewałam się znaleźć tego w polskiej książce- duży plus dla autorki.
Ogólnie polecam- ale na wyciszenie, a nie wypieki na twarzy i szukanie nowych wrażeń

7/10 +1 za niespodziankę

  • awatar Hanti: Takie niespodzianki są super :)
  • awatar Seiti: Niespodzianka mi się z Lisą skojarzyła. Wypadałoby się wziąć za coś.
  • awatar Zakira Luna: @Lisa Angels: Nie rób tego :P
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Gdzie spędzaliście Święta Bożego Narodzenia? Ja wieczorami patrzyłam na zachód słońca z gondoli, mając pod ręką przystojnego Wenecjanina
Chociaż, jak głosi okładka jest to romans, naprawdę ciężko jest skupić się na samym tym wątku- zbyt wiele jest tam malowniczych opisów Wenecji, po przeczytaniu których ma się ochotę wsiąść w pierwszy samolot który tam prowadzi... no i są jeszcze przepisy- tak smakowicie opisane, że nie polecam czytać tej książki na pusty żołądek Jeżeli miałabym jakoś ją sklasyfikować, powiedziałabym: romans, przewodnik i książka kucharska w jednym... to moja pierwsza książka z tej serii i na pewno nie ostatnia

Jeśli romans, to tylko w Wenecji. Wpadają na siebie przypadkiem na Piazza San Marco – amerykańska dziennikarka i włoski bankowiec. Ona, dojrzała kobieta, rozwódka, nie wierzy już w miłość. On zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia, bez pamięci. Ta miłość była im jednak pisana…

8/10
 

 
Rozdział 24
W doskonałym humorze wszedł do jej celi, był pewien, że dowie się wszystkiego i Angeline w końcu będzie wolna. Wróci do domu i wreszcie będą mogli być razem, tak jak tego pragnął! Ona już na niego czekała, siedziała a kiedy zamknął za sobą drzwi wzięła głęboki wdech. Pochylił się i lekko ją pocałował. Odpowiedziała na pocałunek, ale wydawała się nieobecna, roztargniona.
– Wiem że nie lubisz tego pytania... – Uśmiechnął się, chcąc nieco rozładować atmosferę.- Ale muszę ci je zadać ostatni raz: Kiedy to się odbędzie? – Przełknęła głośno ślinę i spojrzała mu prosto w oczy. Już się nie bała.
– Nie powiem ci. – Powiedziała głośno i dobitnie kręcąc przy tym głową. Jej głos rozniósł się po małym pomieszczeniu głośniej niż kiedykolwiek. Otworzył szeroko oczy i przyjrzał jej się zszokowany.
– Co? – Wykrztusił w końcu, a ona wstała, by znaleźć się z nim na mniej więcej równej wysokości.
– Nie powiem. – Powtórzyła, a on brutalnie złapał ją za ręce.
– Żartujesz tak? O co ci chodzi? – Prawie krzyczał, ale ona pozostała niewzruszona. Wiedziała, że robi słusznie i to ją trzymało w kupie. Ja jestem jedna, ich mogą być setki- Nie dała się sprowokować.
– Nie skażę tych wszystkich kobiet na coś takiego. – Znowu pokręciła głową, a on odrzucił głowę do tyłu i wydał ryk wściekłości, jednocześnie puszczając jej ramiona, jakby właśnie się oparzył.
– A co cię oni obchodzą do jasnej cholery?! – Krzyczał zaciskając dłonie w pięści, lecz ona nie odpowiedziała, kontynuował więc swój wyrzut.
– Jesteś po prostu głupia, jeżeli w tym swoim świętoszkowatym uporze wolisz uratować jakieś tam kobiety niż wyjść stąd i być znowu wolna! Ze mną! –A więc dlatego tak się wściekał.
– To nie tak... – Próbowała mu wyjaśnić, ale on zupełnie jej nie słuchał.
– A jak?! Pieprzyłaś się ze mną, ale tak naprawdę nigdy nie miałaś zamiaru powiedzieć mi nic o tym przewozie! Dałem się nabrać na te twoje...
– Zamknij się! – Nie mogła dłużej wytrzymać, ale on jakby jej nie słuchał.
– Nie przejmuj się, dla mnie to też nic nie znaczyło! – To ją zapiekło. W jej oczach pojawiło się cierpienie. Chciała żeby on też cierpiał- zanim zdążyła się powstrzymać mocno się zamachnęła i z całej siły uderzyła go w twarz otwartą dłonią. Głośne plaśnięcie rozeszło się po pomieszczeniu, Creig nawet się nie zachwiał, odwrócił jedynie głowę, a kiedy znowu na nią spojrzał dostrzegła w nich dziką furię. Sekundę później poczuła na policzku piekący ból- oddał jej, a ona, od siły uderzenia, zachwiała się i upadła na łóżko, przykładając dłoń do piekącego policzka, po jej twarzy natychmiast popłynęły łzy. Spojrzała na swojego niedoszłego ukochanego, patrzył na swoją czerwoną dłoń, na twarzy malował się szok. Przeniósł spojrzenie na Angeline i natychmiast przy niej ukląkł, ona zaś odsunęła się na sam skraj pryczy, chcąc być jak najdalej od niego. Bała się go. Naprawdę się go bała.
– Angeline ja... – W głosie pobrzmiewała rozpacz mężczyzny zadającego ból. Wyciągnął do niej rękę, a ona wzdrygnęła się, choć jeszcze nie zdążył jej dotknąć. Ona się mnie boi –Przemknęło mu przez głowę. Nie chciał tego. Naprawdę nie chciał, ale stracił nad sobą kontrolę.
– Wybacz mi, wybacz mi na Boga... – Szeptał rozgorączkowany, patrząc na jej ból cierpiał niemalże tak samo, o ile nie bardziej, z pełną świadomością, że to on jest źródłem jej cierpienia i łez.
– Odejdź stąd.... – Powiedziała cicho, łzy wciąż płynęły po jej policzkach. – Nic wam nie powiem rozumiesz? Nic! – Wybuchła nagle. – Nienawidzę cię, jesteś taki sam jak ta twoja banda! – Wolałby żeby znowu go spoliczkowała. –Niczym się od nich nie różnisz! – Pociągnęła nosem, a on poczuł się dotknięty do żywego. Zranił ją. Wiedział o tym. Koncertowo wszystko spieprzył, zanim jeszcze na dobre się zaczęło. Wstał z klęczek i wyszedł, wiedząc że ona i tak nie zechce go więcej widzieć. W tej chwili już zupełnie nie obchodziła go ani mafia, ani ten przewóz. Chciał zapomnieć. Zapomnieć o tym wszystkim.
Wskoczył do samochodu i jeździł bez celu, nie mogąc przestać myśleć o tym co się stało, w końcu wrócił więc do domu, kiedy chciał wjechać na podjazd dostrzegł tam duży, terenowy samochód. Przestraszył się nie na żarty. Sonia!- Wyskoczył z samochodu i wpadł do środka, natychmiast się uspokajając. Przy wyjściu stało kilka osób, jego siostra zaś właśnie zakładała na plecy duży, podróżny plecak. Cholera, całkiem zapomniał o tym jej wyjeździe! Przywołał na twarz wymuszony uśmiech .
– Co ty tu robisz? Nie powinieneś być w pracy? – Sonia również się uśmiechała.
– I miałem puścić cię tak bez pożegnania? – Zapytał retorycznie i otworzył ramiona. Natychmiast w nie wpadła zupełnie nie zważając na zdziwione miny znajomych, a on zamknął ją w niedźwiedzim uścisku. Sonia nawet się nie domyślała, że w tej chwili on potrzebuje tego uścisku bardziej niż ona.
– Masz wszystko? – Wyszeptał jej do ucha, a ona pokiwała lekko głową.
– Zostawiłam ci jedzenie w lodówce, jeden pojemniczek na każdy dzień. – Mocniej ją do siebie przytulił.
– Dzięki. Dzwoń przynajmniej raz w ciągu dnia dobra? – Sonia usłyszała w głosie brata desperację i spojrzała na niego badawczo.
– Obiecuję. Wszystko okej? – Zapytała wciąż szeptem, teraz to on pokiwał głową. Nie chciał obarczać jej swoimi problemami, zwłaszcza przed wyjazdem. Wypuścił ją z objęć i poprawił wełnianą czapkę na głowie, po czym sięgnął do kurtki po portfel i wyciągnął kilka setek.
– Nie trzeba... – Powiedziała, ale on nie dawał za wygraną. Zawsze tak mówiła. – Matka zrobiła mi przelew... – Przygryzła wargę badając jego reakcję. On zaś zacisnął zęby, i wsunął jej pieniądze do kieszeni jasnej kurtki.
– Dzięki. – Powiedziała lekko przewracając oczami, a on znowu się uśmiechnął. Chociaż cierpienie rozrywało go od środka, nie mógł dać tego po sobie poznać.
– Macie jej pilnować... – Zwrócił się do jej roześmianych towarzyszy. – Bo inaczej... – Pogroził im pięścią żartobliwie. Kilka minut później drzwi się za nimi zamknęły. Został sam. Całkiem sam. Poszedł na górę i zamknął się w swojej sypialni, po czym z biurka wyciągnął nienapoczętą butelkę wódki, nie zatroszczył się nawet o kieliszki. Palący płyn spłynął mu do gardła, po kilku łykach zaczęło lekko kręcić mu się w głowie. Pił wciąż i wciąż, dążył do całkowitego zapomnienia-był dorosłym facetem, wiedział, że alkohol nie rozwiąże jego problemów. Ale jeżeli pozwoli mu zapomnieć o nich choćby na kilka chwil...dobre i to. Miał mocną głowę, po wypiciu całej butelki, wciąż był w pełni świadomości, choć pijany. Niechcący trącił puste naczynie i szkło rozbryzgało się po podłodze w drobny mak, jeden z odłamków skaleczył go w rękę, ale zupełnie tego nie zauważył. W szafie znalazł jeszcze do połowy opróżnioną butelkę koniaku, usiadł tym razem na łóżku i wypił ją w niemalże dwóch łykach, ale to było już za dużo- w pewnym momencie butelka wypadła mu z rąk, sprężyny w łóżku głośno zaprotestowały, kiedy w końcu zapadł w głęboki sen.
  • awatar Lisa Angels: Brak mi słów. Wszystko się posypało... współczuje im obojgu, jedna decyzja, jeden niekontrolowany ruch i niczym butelka, życie rozsypuję się na miliony kawałków. Bosz. Daj do końca te rozdziały, bo ja tu nie wyrobię!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 

Czytanie tej książki, cóż to była za przygoda... sięgnęłam po nią z kilku powodów, ale byłam przekonana, że mnie zanudzi - ponieważ to powieść epistolarna (składająca się z listów) ale jestem nią absolutnie zachwycona! Warto przeczytać, choćby po to, żeby dowiedzieć się czym było owo osobliwe stowarzyszenie... ostrzegam, to książka przy której będziesz płakać- w połowie przypadków ze smutku, w drugiej połowie- ze śmiechu Krótka, podnosząca na duchu w jeden wieczór- i nie utuczy przy tym jak czekolada Polecam!

Jest rok 1946. Juliet, młoda pisarka, objeżdża zniszczoną Anglię, promując swą książkę i szukając tematu do następnej. Przypadkiem dowiaduje się o małej wyspie, na której istnieje dziwne Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek. Powołali je podczas wojny rolnicy i gospodynie, by uratować kilka osób przed aresztowaniem. Ale jak się ma literatura do placka z obierek? Zaciekawiona Juliet odwiedza wyspę, co zupełnie zmienia jej życie...

10/10

  • awatar Zakira Luna: @Hanti: Oj tak, ja z całą pewnością się do nich zaliczam :D
  • awatar Kowalski, opcje!: Tytuł mnie zaciekawił. Chyba poszukam tego w bibliotekach.
  • awatar Hanti: Bardzo mnie zaciekawiłaś tą książką. Ciesze się że jest jeszcze tylu ludzi na świecie, którzy kochają czytać :D.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
"– Czego się boisz najbardziej? – szepcze głos. – Zamknij oczy i wyobraź sobie najczarniejszy strach. Widzisz? Czujesz? Najgorszą udrękę dostępną wyobraźni?
– Tak – mówię po dłuższym milczeniu.
– Dobrze. A teraz wyobraź sobie coś gorszego, znacznie, znacznie gorszego…"

A teraz coś bardziej pozytywnego:
"– Dlaczego czuję się tak, jakby poderwano mnie w barze, jest następny ranek, a facet spławia mnie krótkim: „Zadzwonię”? – spytał Myron.
– Bo jesteś puszczalski." To tylko jedna z takich perełek, chociaż książka porusza się w dość poważnych klimatach, riposty i dialogi sprawiały, że pokładałam się ze śmiechu
Czy mówiłam że nie lubię kryminałów? Poprawka! Nie lubię kryminałów, chyba że wyszły spod pióra Harlana Cobena! Mistrzowsko poprowadzona intryga, do samego końca nie wiesz kto jest winny,a kiedy w końcu się dowiadujesz... bach! To zupełnie ktoś inny niż się spodziewłeś Dodatkowo czyta się bardzo szybko, pochłonęłam ją w cztery dni...

9,5/10

  • awatar Zakira Luna: @Kowalski, opcje!: NIe nazwałabym horrorem, chociaż niektóe momenty były naprawdę straszne :)
  • awatar Zakira Luna: @caro-line: Ja go dopiero odkrywam, to moja druga książka :)
  • awatar Kowalski, opcje!: to horror? Bo mi tytuł na to wskazuje. Mniejsza z tym, przeczytam wszystkie książki, które polecasz.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 


Każdy czasem się niecierpliwi, bardziej lub mniej... ale nawet największe nerwusy, mają coś, co nigdy ich nie rozczarowuje, nigdy tego nie porzucą i nigdy nie okażą swojego zniecierpliwienia... dla mnie to jest np. pisanie- przy obecnej taktyce (strona dziennie) na ogół wiem co chcę napisać, ale mam takie dni, kiedy sklecenie jednego sensownego zdania wydaje się mission impossibble, kiedy zaś zdaję sobie sprawę, że przede mną jeszcze co najmniej 500 takich słów ogarnia mnie złoć, lub nawet rozpacz. Ale mimo to, moja cierpliwość do samej siebie i do pustej strony nigdy się jeszcze nie wyczerpała... A Wy? Co nigdy nie jest w stanie was zniecierpliwić?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Snajper. Historia najniebezpieczniejszego snajpera w dziejach armii amerykańskiej... moja pierwsza "biografia", choć ta książka to raczej opowieść o realiach wojny w Iraku czy Bagdadzie, o niesamowitym męstwie i odwadze SEALS'ÓW. Jestem pod ogromnym wrażeniem, polecam każdemu! Chris kyle (rebelianci nazywali go diabłem), mężczyzna który miał w życiu trzy priorytety: Bóg, ojczyzna, rodzina. W takiej właśnie kolejności... chociaż już nie żyje, na zawsze będzie zapamiętany jako najlepszy snajper w dziejach... książka nie tylko dla miłośników militariów, polecam każdemu!

10/10
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Rozdział 23
Delikatnie gładził ją po plecach i wpatrywał się w sufit, dopóki nie wyczuł pod palcami gęsiej skórki. Wtedy sięgnął pod plecy i jedną ręką nakrył ich oboje ciemnym kocem. Podniosła lekko głowę i oparła mu na mostku tak, by móc na niego spojrzeć.
– Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. - Czuł, że musi jej to powiedzieć. Zaśmiała się lekko.
– Jeżeli chcesz mi powiedzieć że nigdy nie byłeś z kobietą, to wiedz że ci nie uwierzę...
– Nie o to mi chodziło... – Zaczął. Nigdy nie zaangażował się aż tak emocjonalnie.
– Wiem. – Przerwała mu dziewczyna, jednocześnie kładąc mu palec wskazujący na ustach. Nie przerywając kontakty wzrokowego uchylił wargi i lekko go pocałował. Zobaczył w jej oczach coś co napawało go lękiem i radością jednocześnie. Jeżeli tylko sobie tego nie wymyślił dostrzegł w nich...miłość.
– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. – Wyszeptała i pocałowała go lekko, przesuwając dłoń na jego policzek. Zaskoczyła go, nie spodziewał się, że będzie pamiętać o jego urodzinach. A jednak, nie przestawała go zadziwiać. – Nie mam dla ciebie prezentu. – W jej głosie pobrzmiała nutka smutku.
– Ty jesteś najlepszym prezentem. – Zapewnił ją zgodnie z prawdą, a ona uśmiechnęła się ciepło. Przez chwilę leżeli w milczeniu, jedynie wpatrując się w siebie nawzajem.
– Musimy wstać. – Znów pogładził ją po plecach, ale ona tylko mruknęła coś pod nosem. – Mogą wrócić w każdej chwili. – Ten argument do niej przemówił, oparła się rękami o klatkę piersiową Creiga i lekko uniosła, po czym całkowicie wstała, rozglądając się za częściami swojej garderoby. Nie mógł powstrzymać się od jawnego gapienia się na jej piękne, jędrne ciało...sam ubrał się dopiero kiedy wciągała przez głowę biały sweter.

***
W tym czasie, trzech rosłych mężczyzn wkroczyło do eleganckiego domu na Manhattanie, jeden z nich aż gwizdnął na widok otaczającego go luksusu.
– A ja muszę mieszkać w jakieś starej ruderze... – Powiedział Tony i dostrzegł na talerzu w kuchni tosty, natychmiast się na nie rzucił, nie miało dla niego znaczenia że zostały zrobione trzy dni temu. Jego brat w tym czasie odruchowo zaczął przeszukiwać szafki w salonie, mając nadzieję, że natrafi na coś cennego. Robby popatrzył na nich z politowaniem.
– Debile... – Powiedział i powoli ruszył na górę, po czym rozejrzał się w poszukiwaniu wspomnianej szafki. Tuż przy schodach dostrzegł niewielką komodę z ciemnego drewna a na niej...gruby czarny folder. Uśmiechnął się z satysfakcją i zabrał go, nie przyszło mu nawet do głowy by zajrzeć do środka. Zszedł na dół i zastał swoich towarzyszy tak jak ich zostawił. Każdy z nich miał już pełne kieszenie, kłócili się właśnie o jakąś błyskotkę, Robby wsunął teczkę pod pachę i zagwizdał na palcach. Natychmiast przerwali i spojrzeli na niego, ani na chwilę nie puszczając złotego łańcuszka.
– Idziemy. – Powiedział krótko i podszedł do nich, po czym stanowczo wyciągnął naszyjnik z ich chciwych rąk i przyjrzał mu się uważnie. Zmrużył oczy. Prosty, złoty krzyżyk dyndał na cienkim łańcuszku, odwrócił go i dostrzegł niewielkie grawerowanie. Nie musiał wytężać wzroku by je odczytać. Wiedział co na nim jest. Wiedział, bo sam nosił taki łańcuszek od kilkunastu lat.
– Wezmę to sobie. – Żaden z jego towarzyszy nie odważył się zaprotestować, kiedy schował znalezisko do kieszeni i ruszył w stronę drzwi. Wsiadł do samochodu, oczywiście zajmując miejsce kierowcy i ruszył gwałtownie, Paul zatrzasnął drzwi w ostatniej chwili. Kiedy bracia wyceniali swoje znaleziska, myśli Robby'ego powróciły do łańcuszka. Kto by pomyślał...-Jego zdaniem dziewczyna nie wyglądała jakby wyszła z bidula. Nie mógł jej pamiętać, ani znać, część dla chłopców i dziewcząt zawsze była oddzielona i jakakolwiek niesubordynacja była natychmiast karana przez na pozór kochane zakonnice. Przed oczami stanęły mu obrazy przeszłości.
Małe mieszkanie. Matka całuje mnie po główce i mówi że niedługo wróci. Nie płacze, znowu jest pijana. Czekam na mamusię. Jestem głodny. Przychodzi jakiś duży pan w stroju policjanta i bierze mnie na ręce. Nie, zostaw mnie! Muszę czekać na mamusię...Jakaś kobieta w białym kitlu pochyla się nade mną.
– Zdrowy. – Mówi do pana w stroju policjanta. – Tylko wychudzony. – Pani kręci głową. –Jak można zostawić pięcioletnie dziecko...- Szepczą coś między sobą, ale ja nic nie słyszę. Duża pani w czarnej sukience uśmiecha się do mnie. Jest stara, na głowie ma czarny welon, a na szyi duży krzyż. Łapie mnie za rękę i mówi że wszystko będzie dobrze...
Zatrzymał się na czerwonym świetle w ostatniej chwili, Tony i Paul szarpnęli się do przodu z przekleństwem, biżuteria latała po całym samochodzie.
– Co to odwalasz? – Naskoczył na niego Tony, ale nie odpowiedział, pozwolił im pozbierać swoje błyskotki i gwałtownie ruszył z miejsca kiedy tylko światło się zmieniło, piętnaście minut później wręczał już czarną teczkę Creigowi. Ten nic nie powiedział, pokiwał tylko lekko głową i dał im znać, by wyszli. Nagle rozległ się dziwny brzęk. Mężczyzna wychylił się za biurkiem i dostrzegł niewielką bransoletkę, przyjrzał się swoim podwładnym i złość w nim zawrzała na widok wypchanych kieszeni braci.
– Co to ma być?! – Ryknął na nich. – Mieliście tylko przynieść teczkę! Wszystko na biurko, ale już!
– No co ty... – Próbował negocjować Paul, ale przerwał pod jego zimnym spojrzeniem. Po chwili wahania obydwaj bracia podeszli i bez słowa zaczęli opróżniać spodnie. Blat zapełnił się biżuterią różnego rodzaju, kolczyki, bransoletki, nic jednak nie wydawało się szczególnie wartościowe.
– A ty?- Tony spojrzał na Robby'ego, a ten zmroził go spojrzeniem – Dawaj łańcuszek! –Dopowiedział, a Creig zmrużył oczy.
– Jaki łańcuszek? Coś ci się pochrzaniło dzieciaku... – Choć był niewiele starszy od swoich kompanów, często tak właśnie się do nich zwracał. – Zostawiłem go w tej willi... – Zwrócił się do Creiga. – Kłócili się o jakiś pozłacany łańcuszek, dasz wiarę? Prawie go rozerwali... – Creig pokręcił głową, mając już dość całej tej dyskusji i machnął na nich ręką, by w końcu wyszli. Nie mógł dostrzec chytrego uśmieszku, jaki pojawił się na twarzy Robby'ego. Otworzył teczkę i ujrzał mnóstwo szczelnie zapakowanych dokumentów, niektóre były w kopertach, inne w koszulkach, ale nie znalazł nic co byłoby luzem. I nic po angielsku. Jak niby miał określić o który list chodzi? Zamknął teczkę i z całą jej zawartością zszedł przez szyb do podziemi.
***
Angeline czekała na niego niecierpliwie, chciała mieć to już wszystko za sobą, była tak blisko, tak blisko! Nagle usłyszała odgłos otwieranego zamka i wstała gwałtownie. Creig wkroczył do celi, mając na sobie szarą koszulkę na ramiączka- zarumieniła się, przypominając sobie koszulę którą miał na sobie wcześniej i guziki pośpieszne zamiatane pod pryczę. Wszedł, zamknął drzwi i pomachał jej przed oczami znajomą teczką. Wzięła ją od niego i usiadła, chcąc znaleźć odpowiedni dokument, poczuła jak prycza ugina się pod ciężarem i spojrzała na Creiga z uśmiechem.
– Po co temu całemu Saragino data tego przewozu? – Zapytała, kiedy Creig niewinnie bawił się jej włosami.
– Chce go przejąć... – Odparł jak gdyby nigdy nic i przesunął palcem po zakrzywieniach jej ucha. Jego dotyk nieco ją rozpraszał, jednak nie na tyle, by całkiem stracić jasność umysł.
– I co potem zrobi z tymi ludźmi? – To te kobiety o których mówił jej Creig?
– Pewnie gdzieś ich sprzeda. – Wzruszył ramionami, jakby rozmawiali o pogodzie, a jej serce stanęło w miejscu. Mocno zagryzła wargi. Droga do wolności nie wydawała jej się teraz taka prosta...
– Znalazłaś? – Zapytał jej towarzysz, a ona pokiwała głową, wyciągając dużą, białą kopertę. Odłożyła teczkę na stolik i delikatnie rozerwała pakunek z dokumentem. Cholera! – Zaklęła w duchu widząc jak krótki jest list. Jeżeli miała nadzieję grać na zwłokę, to raczej jej się to nie uda...Przeczytała go pobieżnie, był bardzo kulturalny, ze wszystkimi honorami i zawierał konkretne informacje. Przewóz miał się odbyć dwudziestego siódmego października, o dziesiątej rano. Długo nie podnosiła wzroku znad białej kartki, wiedziała, że Creig wpatruje się w nią intensywnie...co miała mu powiedzieć? Co miała zrobić?
– Jutro rano będę wszystko wiedziała. – Powiedziała mając nadzieję, że tym go przekona. Zmarszczył brwi.
– Dopiero jutro?
– To nie jest takie proste jak się wydaje – Chciała wyglądać w tej chwili jak profesjonalistka. –Zwłaszcza bez słownika. – Zdobyła się na niewielkie kłamstwo.
– Potrzebna mi jest tylko data. – Jego głos stał się chłodny, wyniosły.
– Wiem. – Uśmiechnęła się do niego z wymuszeniem – I podam ci ją. Jutro rano. – Musiała czymś odwrócić jego uwagę, pochyliła się więc lekko i musnęła jego wargi swoimi. Ku jej zaskoczeniu, przytrzymał ją kiedy chciała się odsunąć i pogłębił pocałunek, po czym szybko się od niej oderwał i wstał.
– Jutro rano. – Oddech miał równie płytki co ona, ale na szczęście kilka sekund później wyszedł i zostawił ją samą. Kiedy tylko drzwi się za nim zamknęły, załamała ręce. Co ja mam zrobić?- Szukała odpowiedzi, ale te nie chciały się pojawiać. Perspektywa opuszczenie tego okropnego miejsca była nazbyt kusząca...podobnie jak obietnice Creiga. Ale nie chciała okupywać swojej wolności cudzą. Nie chciała tego z całego serca. Przypomniała sobie przysięgę składaną przed ministrem sprawiedliwości: "Mając świadomość znaczenia moich słów i odpowiedzialności przed prawem, przyrzekam uroczyście, że powierzone mi zadania tłumacza przysięgłego będę wykonywać sumiennie i bezstronnie, dochowując tajemnicy prawnie chronionej oraz kierując się w swoim postępowaniu uczciwością i etyką zawodową." Znalazła się w matni, w sytuacji bez wyjścia...wolnośc przeciwko sumieniu...Miała im powiedzieć? Nie!- Jej umysł protestował zaciekle.Ale czy miała inne wyjście? Co z nią zrobią, jeśli nie poda im tej daty? Każdy na moim miejscu zrobiłby wszystko, by się stąd wydostać! –Schowała dokument z powrotem do teczki i w tej chwili podjęła decyzję. Już się nie bała.
_________________________________________________________
ZBLIŻAMY SIĘ DO KOŃCA!!!
  • awatar Lisa Angels: Teraz już nie mogę się doczekać, w życiu nie chciałabym podejmować takiej decyzji. Z jednej strony życie, z wyrzutami sumienia, a z drugiej niewola, ba nawet śmierć. Jak życie może się różnie potoczyć. Angeline, swoją ciężką pracą i talentem udało się piąć do góry(pomimo kredytu i tak nie najgorzej jej się wiodło), a Robby... co tu dużo gadać zbir jakich mało. Ciekawe co nam przygotowałaś w związku z tym. Bo znając ciebie nie przejdzie to bez echa :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
W tej chwili na moim blogu stuknęło mi 15 000 odwiedzin... dziękuję Wam, bo to w wielkim stopniu Wasza zasługa, a dla mnie OGROMNA, OGROMNA motywacja do działania!
Z fartem!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Wyrzucona za burtę butelka, zdana na kaprys losu, mogła trafić w najodleglejszy zakątek świata. Zamiast tego, po niecałym miesiącu podróży, wypłynęła na plaży nad zatoką Cape Cod, gdzie znalazła ją spędzająca nadmorskie wakacje Theresa Osborne, dziennikarka z Bostonu, samotnie wychowująca dwunastoletniego syna. W środku był list miłosny napisany do zmarłej żony i zaczynający się od słów: 'Moja najdroższa Catherine, tęsknię za Tobą, ukochana, tak jak zawsze, ale dzisiaj było mi bardzo ciężko, bo ocean śpiewał o naszym wspólnym życiu.' Zaintrygowana i przejęta do głębi historią pary kochanków, Theresa rozpoczyna poszukiwania człowieka, który potrafił tak mocno i wiernie kochać.

Sięgnęłam po kolejną książkę tego na ogół wspaniałego autora i mam dość mieszane uczucia... udało mu się wycisnąć ze mnie łzy, moim zdaniem stworzył mistrzowskie zakończenie - ale książka nie wstrząsnęła mną tak bardzo jak "Jesienna Miłość", momentami dość mocno się ciągnęła, a całość wydała mi się nieco odrealniona... tak czy inaczej uważam, że warto było ją przeczytać

9,5/10

  • awatar Kowalski, opcje!: Kocham wszystkie książki Nicholasa Sparksa, a Jesienna miłość, którą masz poniżej opisaną to była pierwsza jego książka którą miałam na własność.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Landon Carter, rozpoczyna naukę w ostatniej klasie szkoły średniej. Jego ojciec kongresman pragnie, by syn zrobił karierę - tymczasem Landon, podobnie, jak reszta klasy, nie zaczął jeszcze zastanawiać się, co zrobić z dorosłym życiem. Jedynie Jamie Sullivan, cicha, spokojna dziewczyna opiekująca się owdowiałym ojcem, pastorem, jest inna. Nie rozstaje się z Biblią, nie chodzi na prywatki, a dzień bez dobrego uczynku uważa za stracony...

Nie bez powodu ta książka została oznaczona gwiazdką na mojej liście... płakałam - tak bardzo mnie poruszyła, byłam pod ogromnym wrażeniem, długo nie mogłam przestać o niej myśleć (zdumiał mnie również fakt, mężczyzna potrafił napisać taki wyciskacz łez...) Pomimo nieco pompatycznego tytułu, książka jest niesamowita, nie tylko dla nastolatków!
P.S. Na jej podstawie powstał również bardzo dobry film pt. " Szkoła Uczuć"

10/10


 

 
Kiedy w 1582 roku młody Will Lacey został hrabią Dorset, czekało go trudne zadanie. Zmarły ojciec zostawił majątek w ruinie i Lacey musiał jak najszybciej ożenić się z posażną panną, aby uratować swój ród. Na dworze Elżbiety I pełno było takich dam, lecz serce Willa biło mocniej tylko dla Ellie – ślicznej, uczonej dziewczyny, która nie posiadała nic poza bezwartościowym hiszpańskim tytułem. Gdy rodzina nalegała, aby Will poślubił lady Jane, piękną i bogatą szlachciankę, której majątek mógłby podnieść ich ród z upadku, młody hrabia stanął przed odwiecznym wyborem – serce czy rozum?
UWAGA SPOILER!
Oczywiście zwycięża serce... Will cały czas kojarzył mi się z bohaterem innej książki, którego niestety nie mogłam wyrzucić z głowy... kto zgadnie o jakim Willu mowa? Co do samej lektury, dawno się tak nie uśmiałam, choć tematyka dość poważna...

8/10

Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Nagły ślub... upokorzona panna młoda... zauroczony mąż...
Kim jest ta piekielnica, która ośmieliła się zakłócić Johnowi Barronowi spokój podczas szalonego wieczoru towarzyskiego w Londynie? Czyżby to była dziewczyna, którą - zmuszony przez ojca - niegdyś poślubił? Ta, którą porzucił, nim nastał świt po nocy poślubnej? Ta, której imienia nawet nie pamięta?
Owszem, to ta sama osoba... a jednak niezupełnie. Mallory nie jest już bowiem naiwną, przestraszoną dziewczyną; jest dojrzałą kobietą, która wie, czego pragnie, i uparcie się tego domaga - chce, by wiarołomny mąż zwrócił jej wolność!

Książka bardzo mi się podobała, chociaż to kolejne romansidło... ale dość nieprzewidywalne i ambitne Akcja szybka, nierozwleczona, od razu zakochałam się w Johnie - no cóż, mam słabość do czarnych charakterów

9/10

 

 
– Co ty sobie myślałeś? Upiłeś mojego chłopaka? – Naskoczyła na niego, ale nawet ona nie była w stanie zepsuć mu teraz humoru.
– Też się cieszę, że cię widzę... – Powiedział i pomachał przed nią pojedynczym butem, trzymając go za sznurówki. Sonia zrobiła się blada jak ściana.
– Co ty mu zrobiłeś? – Wyszeptała, przykładając dłoń do gardła, a on ryknął głośnym śmiechem.
– Zostawił to przypadkiem w moim samochodzie. Wiedziałaś że mieszka z matką? – Natrząsał się.
– Wiem. – Spojrzała na niego z politowaniem. – Jak większość dwudziestolatków – Zastanowił się. Może i miała rację. Zmarszczył brwi.
– No tak... – Wymamrotał i położył jej but na złożonych rękach.
– Oddaj mu to. – Poklepał ją po ręce. – I pozdrów ode mnie. – Mrugnął i ruszył po schodach, na piątym schodku znowu zatrzymał go jej głos.
– Hej! Nie powiesz mi nic więcej? – Spojrzała na niego wyczekująco.
– To porządny gość... – Odparł, sam trochę zdziwiony prawdziwością tych słów, a ona pokraśniała z radości.
– Wiedziałam! – Jej usta wykrzywiły się w szerokim uśmiechu, on zaś ponowił swą wędrówkę na górę, wziął szybki prysznic i położył się do łóżka. Jutro czeka go pracowity dzień... Tuż przed zaśnięciem jego myśli powróciły do Angeline, żadne z nich nie zdawało sobie sprawy, że tej nocy będą śnić cudowne sny o sobie nawzajem...sny, które być może pewnego dnia staną się rzeczywistością.
Dźwięk budzika siłą wyciągnął go z sennych marzeń, wstał, ubrał się w jeansy, czarną koszulę z długim rękawem i natychmiast ruszył do biura, uznał, że po drodze kupi coś do jedzenia dla siebie i Angeline.
W jej celi pojawił się pół godziny później, trzymając w dłoniach dwie , dobrze zapakowane kanapki, dokupił również butelkę wody. Wszedł do celi, Angeline wyglądała, jakby właśnie na niego czekała. Przez chwilę stał niepewnie, nie bardzo wiedząc jak ma się z nią przywitać...pocałunkiem? Po snach dzisiejszej nocy miał na to ogromną ochotę, nie chciał jednak wywierać na niej żadnej presji, usiadł więc tylko koło niej, tym razem znacznie bliżej niż zwykle, ich ramiona lekko się stykał i podał dziewczynie kanapkę. Uśmiechnęła się do niego i w ciszy zaczęli jeść. Jak zwykle skończyła na długo przed nim, ale nie odezwała się ani słowem, siedziała tylko, przyglądając mu się intensywnie. Odchrząknął lekko, kiedy i jego posiłek dobiegł końca.
– Zaraz zawołam chłopaków – Odchrząknął. Jeszcze zanim wszedł upewnił się, że jego banda już jest – A ty powiesz im, gdzie jest ta teczka.-
– Przyjdą tutaj? Wszyscy? – Dojrzał przerażenie w jej oczach, więc uniósł ramię i odruchowo objął ją w pasie, chcąc dodać jej otuchy. Nie zaprotestowała, ani nie zaczęła się wyrywać, a tego właśnie obawiał się najbardziej.
– Nie bój się. – Powiedział zdecydowanie. – Ja też tu będę. Nie pozwolę im cię tknąć choćby palcem.- Zagryzła wargi, przez chwilę toczyła wewnętrzną walkę, po czym z miną pełną wahania pokiwała głową. Uśmiechnął się pokrzepiająco i wstał.
– Zaraz wrócę.
***
Oddychała coraz szybciej, serce tłukło się w jej piersi niczym ptak umieszczony w za ciasnej klatce. Złożyła dłonie na kolanach i palcami wystukiwała niespokojny rytm. Jej zdenerwowanie sięgnęło zenitu, kiedy drzwi zostały otwarte i mikroskopijna cela wypełniła się mężczyznami: Pierwszy był Creig, za nim cała reszta. Wstała i wyprostowała się, chcąc wyglądać na pewniejszą siebie, niż była w rzeczywistości, ale nie wiedziała na ile jej się udało. Przerażenie rosło, kiedy po kolei patrzyła w twarz swoim oprawcom. Od całej trójki nigdy nie zaznała nic innego niż krzywdy. Creig stanął najbliżej, najchętniej schowałaby się za jego plecami... Zerknął na nią i przemówił do swoich towarzyszy.
- Pójdziecie dzisiaj do domu dziewczyny. Wszyscy trzej.- Zdziwiła się lekko słysząc jak zimny i oschły był jego ton. Ale takich jak oni trzeba trzymać krótko, co do tego nie ma wątpliwości. Przyszło jej też do głowy, że umyślnie nie użył jej imienia. Nie była tylko do końca pewna dlaczego.- I przyniesiecie mi pewną teczkę. Gdzie ona jest?- Zwrócił się do Angeline, a ona wzięła głęboki wdech i zaczęła mówić, lekko łamiącym się głosem.
– Na piętrze. – Odchrząknęła. – Leży na szafce przy schodach. – Powiedziała nieco głośniej.
– Wiem gdzie... – Powiedział nagle Robby i uśmiechnął się, ukazując wszystkie zęby niczym zwierzę, Angeline przeraziła się.
– To świetnie. – Odpowiedział mu arogancko Creig. – Do roboty, macie czas do południa. –Angeline była pod wrażeniem posłuchu, jaki ma Creig u tych zbirów...Niemal natychmiast wykonali jego polecenie.
– Która jest właściwie godzina? – Zapytała zaraz po ich wyjściu.
– Koło dziewiątej... – Odparł Creig i przyglądał się jej z lekko przechyloną głową. Zaczerwieniła się pod tym spojrzeniem, takim jeszcze jej nie obdarzył. Delikatnie złapał ją za łokieć i obrócił ku sobie, po czym przejechał opuszkami palców po jej przedramieniu, aż dotarł do dłoni i splótł jej place ze swoimi. Zrobiło jej się gorąco, rumieniec wykwitł na szyi i policzkach, oddech przyspieszył...Przysunęła się do niego bliżej, na tyle blisko, że biorąc wdech lekko ocierała się o niego biustem.
Sądził że zwariuje. Ogarniała go coraz większa gorączka, jej piersi raz po raz lekko go dotykały, była na tyle blisko, że czuł na szyi jej ciepły oddech...Nagle pochylił się, złapał ją obiema rękami za policzki i wpił się w jej wargi, nie był w stanie dłużej się kontrolować. Wydał z siebie jęk, kiedy zdał sobie sprawę, że Angeline zaczęła odpowiadać na jego pocałunki z równą zapalczywością, objęła go i mocno przyciskała do siebie, chcąc jak najbardziej zmniejszyć dystans między nimi. I stali tak, spleceni w miłosnym uścisku, aż napięcie stało się zbyt wysokie, by moc ugasić je wyłącznie pocałunkami...Lekko się od niej odsunął, na tyle, że zdołał chwycić rąbek jej swetra, na sekundę oderwał się od jej ust, ale kiedy sweter już przeszedł jej głowę i wylądował na podłodze, natychmiast do niego wróciła, jej język wdarł się w jego usta, całowała go z taką pasją, jakby to był ich ostatni pocałunek. Jednocześnie mocno złapała go za klapy koszuli po obu stronach i mocno pociągnęła, guziki z brzękiem upadały na podłogę, jeden za drugim, pomógł jej trochę i wkrótce i on był bez koszuli. Nie mógł napatrzeć się na jej ciało, kiedy ona rytmicznie gładziła go po odsłoniętym torsie, po czym sięgnęła do rozporka jego spodni, kilka sekund później stał przed nią już tylko w bokserkach, atmosfera w celi stawała się coraz gorętsza, Angeline sama zsunęła swe czarne spodnie i skopała je w najbliższy kąt, a on sięgnął za jej plecy i z białego biustonosza uwolnił pełne piersi, jęk zachwytu jaki przy tym wydał wprawił ją w cudowną euforię. Nie chcąc tracić więcej czasu złapał ją za pośladki i uniósł do góry, opierając sobie na biodrach, po czym delikatnie położył na szarej pryczy. Oczy miała przymknięte, usta rozchylone, piersi unosiły się i opadały w zgodnym rytmie, kiedy on legł na niej i oparł się na przedramionach, by zbytnio nie obciążyć jej ciężarem swego ciała, pochylił się i mokrymi pocałunkami wyznaczył drogę od jej szyi, do pępka i z powrotem, ona zaś raz za razem wydawała z siebie jęki rozkoszy, wbijając mu paznokcie w plecy, w pewnej chwili zapamiętale przyciągnęła jego głowę do swojej i zaczęła namiętnie całować, ich języki tańczyły wokół siebie w zgodnym tańcu, w jej pocałunkach wyczuł taką moc i zapamiętanie, jakby od tego zależało jej życie...Zamarł nagle. A co jeśli...- Używając całej samokontroli jaka mu jeszcze pozostała, ponownie uniósł się na łokciach i spojrzał prosto w jej niebieskie, zdziwione oczy.
– Czy pragniesz tego równie mocno co ja? – Zapytał ochryple, marszcząc przy tym brwi, a ona w lot pojęła o co chodzi i uśmiechnęła się delikatnie. Wyciągnęła dłoń i pogłaskała go po policzku, wyczuwając napięte mięśnie
– Nie. – Odparła, na sekundę zobaczyła w jego oczach coś na kształt cierpienia, ale nie dała mu szansy się od siebie odsunąć. – Bardziej. – Powiedziała dobitnie, patrząc mu prosto w oczy, jakby w ten sposób chciała przejrzeć jego duszę. Wydał z siebie lekkie westchnienie ulgi i czegoś jeszcze...nie była w stanie tego określić, bo jego usta znów opadły na jej własne wargi, niemalże je miażdżąc, ale kiedy chciała pogłębić pocałunek, lekko przygryzł jej dolną wargę i znowu się odsunął, patrząc na nią rozpalonym od pożądania wzrokiem.
– Nie sądzę. – Powiedział gardłowo i wrócił do podjętej gry miłosnej. Ich wilgotne ciała splecione w mocnym uścisku, poruszały się w zgodnym rytmie, pasując do siebie idealnie, a kiedy wydawało się jej, że jest już na skraju wytrzymania, on wydał z siebie jęk rozkoszy, i tym samym natychmiast pociągnął ją za sobą. W momencie największego uniesienia przyciągała go do siebie jeszcze bliżej, raz za razem wyszeptując jego imię. Nie ważne gdzie się znajdowali, ani w jakich okolicznościach. Liczyli się tylko oni.
– Creig...Creig...Creig. – On zaś nie pozostawał jej dłużny, w końcu, kiedy obydwoje osiągnęli zaspokojenie opadł na nią bez sił i choć trochę przeszkadzało jej to w normalnym oddychaniu, nie miała zamiaru mu o tym mówić. W pewnym momencie podniósł głowę i spojrzał na nią nieco przytomniej, choć rysy twarzy wciąż miał rozmyte od niedawno zaznanej rozkoszy. Jakimś cudem zdołał położył się na boku i lekko pociągnął ją na siebie, lądując na plecach. Teraz to ona leżała na nim, inaczej się nie dało, łóżko było na to za wąskie, i w końcu mogła złapać oddech. Przepełniało ją uczucie takiego szczęścia, że miała wrażenie, jakby to szczęście miało za chwilę w niej eksplodować. Nie mogła znaleźć odpowiednich słów, oparła mu więc głowę na piersi i wsłuchiwała się we wciąż szybkie bicie jego serca. W miarę ono się uspokajało, ona również dochodziła do siebie.

_________________________________________________________
Aż sama boję się tego rozdziału i waszej reakcji
  • awatar Gość: Codziennie wchodzę i zaglądam czy jest rozdział ; p. Kochana piszesz naprawdę bosko i już kolejnego się doczekać nie mogę ; p.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
W duńskim zamku Elsynor popełniono straszną zbrodnię. Zamordowany został ojciec księcia Hamleta. Młody książę otrzymuje z zaświatów trudne zadanie - musi dokonać zemsty. Tymczasem król Klaudiusz knuje następną zbrodnię. Czy Hamlet wyjdzie zwycięsko z walki o prawdę i sprawiedliwość? Co będzie musiał poświęcić w tej walce? Co będzie czuł stojąc nad grobem ukochanej Ofelii?

Być czy nie być? Oto jest pytanie!
Moja kolejna przygoda z Szekspirem, tym razem również mnie nie zawiódł

7/10
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Carrie White jest inna niż jej rówieśnicy. Nie chodzi na prywatki, nie interesują się nią chłopcy, stanowi obiekt kpin i docinków. Matka – religijna fanatyczka – za wszelką cenę usiłuje uchronić ją przed grzechem. Pewnego razu Carrie się jednak buntuje i idzie na szkolny bal. Gdy tam pada ofiarą okrutnego żartu, rozpętuje się piekło... dziewczyna jest telekinetką o olbrzymiej mocy, której postanawia użyć, by zemścić się na prześladowcach. Ci, którzy ją dręczyli, gorzko tego pożałują.

Krótko, zwięźle i na temat: Świetna, szokująca i hipnotyzująca, nie mogłam się oderwać! Już wiem, czemu nazywają go mistrzem horroru

8,5/10

  • awatar Anthromeda: @RA22: no , zgadzam się z tobą
  • awatar Kowalski, opcje!: Stephen King zawsze! Niedługo planuję zabrać się za jego "Bazar złych snów"
  • awatar Lovely Mess: "Carrie" jako debiut litercki jest naprawdę fajna. jednak, wraz z biegiem czasu autor rozwijał swój warsztat, pisząc lepsze powieści. jako fanka Kinga polecam Ci z całego serca "Wielki Marsz"
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
– Creig! Wstawaj! – Sonia brutalnie nim potrząsała, machnął parę razy rękami chcąc ją odgonić, niczym natrętną muchę brzęczącą nad uchem, ale nie dawała za wygraną. Po chwili podniósł się i spojrzał na nią wilkiem.
– Co? – Głos miał wciąż zachrypnięty, z lekką nutą rozdrażnienia, ale ona zdawała się tego nie zauważać.
– Matka przyjechała! – Momentalnie się otrzeźwił, niemal wyskoczył z łóżka i lekko odsunął roletę, by spojrzeć na podjazd: Z czarnej hondy właśnie wysiadała na pozór elegancka kobieta koło pięćdziesiątki, ubrana w czarną garsonkę. Ich matka.
– Czego ona tu chce? – Powiedział bardziej do siebie i pół sekundy później rozległo się głośne pukanie do drzwi. Creig zszedł po schodach, za nim kroczyła Sonia, sprawiała wrażenie, jakby chciała się schować. Otworzył drzwi i przyjrzał się matce zimno: Czarne, farbowane włosy miała spięte w cienki, natapirowany kok, oczy podkreślone hebanową kredką i jaskrawoczerwone usta. Przy jej uszach dyndały drobne kolczyki, pojedyncze diamenty w kształcie łezek, szyję zaś zdobił dopasowany naszyjnik. W ręku trzymała czarną, służbową teczkę. Jakby szła na pogrzeb...
– Czego chcesz? – Zapytał zimno, nie dając jej dojść do słowa. Uniosła lekko idealnie wyskubaną brew i posłała mu wrogie spojrzenie.
– Tak witasz matkę? – Zabrzmiał oschły głos. – Odsuń się, nie przyjechałam do ciebie. Chciałam zobaczyć się ze swoją córką. – Prychnął i mocniej zacisnął dłoń na klamce.
– Teraz sobie przypomniałaś że to twoja córka? – Kiedyś nie odważyłby się tak do niej powiedzieć, ale teraz nie miał już żadnych hamulców.
– W porządku Creig... – Rozległ się cichutki głos za nim. – Wpuść ją. – Niechętnie przesunął się i pozwolił matce przejść, zapach jej perfum niemalże go zadusił. Z trzaskiem zamknął drzwi i odwrócił się: Katherine Williams właśnie jawnie lustrowała ich salon Zacisnął zęby napotykając jej drwiące spojrzenie.
– Tobie się nawet nie dziwię... – Spojrzała na niego złośliwie – Ale ty Sonia, zasługujesz na coś lepszego niż ta rudera – Użył całej swojej samokontroli, by nie uderzyć jej w twarz i siłą nie wyrzucić na bruk. Tym bardziej, że jego siostra udawała, że zupełnie nie słyszy jej obelg.
– Usiądź tu, mamo... – Wskazała jej krzesło w kuchni, a tamta natychmiast zajęła wskazane miejsce. Creig uznał, że nie zostawi siostry samej, po chwili wahania zajął więc miejsce obok, zakładając dłonie na piersi, Sonia zaś zaczęła się krzątać.
– Napijesz się czegoś? – Zapytała z nadzieją w głosie, ale Katherine tylko pokręciła głową.
– Nie zostanę długo. – Odparła, a Creig nie mógł powstrzymać drobnej złośliwości.
– Co za szkoda... – Powiedział sarkastycznie, a kobieta przygwoździła go spojrzeniem.
– Naprawdę tego nie rozumiem... – Zwróciła się do Soni. – Wolisz mieszkać tu, z tym...barbarzyńcą niż ze mną i ojcem w normalnym domu. – Creig zakrztusił się teatralnie. W normalnym domu? O ich domu wszystko można było powiedzieć...ale nie to. Już bardziej normalny był dom rodziny Adamsów.
– Przypomnij sobie dlaczego... – Teraz to on patrzył na nią wrogo, Sonia nie była owocem prawego związku, została poczęta wskutek romansu matki z jej współpracownikiem...ojciec nienawidził więc małej Soni z całego serca, zaś matka miała do niej pretensje o to że w ogóle żyje. Najgorzej było kiedy Creig w wieku piętnastu lat wylądował w poprawczaku...została sama. Kiedy wyszedł i poszedł ją odwiedzić, przeraził się...była zahukana i zlękniona. Wtedy postanowił się nią zająć. Kobieta uniosła wysoko podbródek, prezentując teraz całą swą arogancję. Sonia w końcu usiadła, znalazła się teraz naprzeciwko swojego brata, po lewej stronie matki.
– Wciąż chcesz jechać na te warsztaty? – Ostentacyjnie zignorowała Creiga i znowu zwróciła się bezpośrednio do swojej córki, tamta pokiwała głową nieśmiało. Wtedy Katherine otworzyła teczkę, wyjęła portfel i odliczyła kilka setek, następnie podając je córce. Sonia patrzyła na Creiga spanikowana, nie wiedziała jak ma zareagować, on zaś poruszył się niemal instynktownie: Wziął z rąk kobiety pieniądze, pochylił się i wrzucił jej z powrotem do otwartej teczki.
– Nie potrzebujemy twojej jałmużny. – Wycedził. Nagle bardziej niż kiedykolwiek zapragnął wykrzyczeć jej wszystko co leżało mu na sercu...wiedział jednak, że tym samym sprawiłby przykrość swojej siostrze, powstrzymał się więc. Kobieta spojrzała na niego jeszcze bardziej wrogo, nagle coś odwróciło jej uwagę, zaczęła szybko grzebać w skórzanej teczce...po kilku sekundach wyciągnęła z niej dotykowy telefon.
– Tak? – Zaczęła. – W porządku. Rozumiem, wstrzymaj się...będę za godzinę. – Rozłączyła się bez pożegnania.
– Wciąż załatwiasz sprawy rodzinne między jednym spotkaniem a drugim.... – Pokręcił głową z niesmakiem. – Nic się nie zmieniłaś. – Kobieta już otwierała usta by mu odpowiedzieć, ale niespodziewanie przerwała jej Sonia.
– Mamo, zaczekasz chwilkę? Chcę ci coś pokazać. – Uśmiechnęła się i biegiem ruszyła po schodach na górę. Zostali sami.
– W co ty sobie pogrywasz? – Zapytał cicho Creig, w końcu mógł potraktować ją tak, jak miał na to ochotę. - Myślisz że można ją kupić? Że odgrywając troskliwą mamuśkę sprawisz że do ciebie wróci?
– Wróci. – Powiedziała kobieta pewnie. – Nie ma ludzi nieprzekupnych. – Miał ochotę napluć jej prosto w twarz.
– Nie licz na to. Dopóki żyję, nie zbliżysz się do niej. – Poinformował ją lodowato.
– Zobaczymy.
– Wynoś się z mojego domu! – Dłużej nie mógł jej słuchać, nie wiedział, jak długo zdoła się kontrolować – I nigdy nie wracaj!
Kobieta wstała i dumnym krokiem ruszyła ku wyjściu, jej obcasy postukiwały na starej podłodze. Położyła dłoń na klamce, wiedziała, że syn nie ma zamiaru jej otworzyć, i odwróciła się lekko.
– To jeszcze nie koniec. – Nie odpowiedział, tylko zacisnął dłonie w pięści, a wtedy ona wyszła, zamykając drzwi z zadziwiającą lekkością. Odetchnął głęboko i usłyszał kroki na schodach, obrócił się i spojrzał prosto w rozczarowane oczy Soni.
– Poszła już? – Zapytała, choć doskonale znała odpowiedź. – Chciałam pokazać jej mój indeks... – Zastygła, ściskając w dłoniach mały kajecik. Chciał trochę złagodzić jej cierpienie, nie mógł na to patrzeć.
– Spieszyła się na te spotkanie... – Kłamał jak z nut. – Strasznie żałowała i kazała cię pozdrowić. – Wypowiedzenie tych słów wiele go kosztowało...ale widząc nieśmiały uśmiech na ustach Soni stwierdził, że było warto. Do głowy przyszedł mu pewien pomysł, Tak, to na pewno uszczęśliwi Sonie...i może być całkiem zabawne-Pomyślał.
– Sonia...Dałabyś mi numer do tego twojego Stewarta? Pomyślałem że zaproszę go na piwo, pogadamy sobie... – Jej twarz natychmiast się rozjaśniła, pojawił się na niej szczery, szeroki uśmiech.
– Jasne. – Zaraz jednak zmarszczyła brwi. – Nie idziesz dziś do pracy? – Creig zaklął w duchu. Powinien iść? Po wczorajszej rozmowie z Angeline i dzisiejszym poranku jakoś nie miał ochoty z nią rozmawiać...Podrzucę jej tylko jedzenie – stwierdził.
– Nie, mam dziś wolne, muszę tylko zawieźć papiery dla szefa. – Kłamstwo gładko przeszło mu przez gardło. Sonia klasnęła w dłonie.
– To wspaniale! Z tego co wiem, Stewart nie ma dzisiaj wykładów...zaraz do niego zadzwonię! – I cała w skowronkach pobiegła z powrotem na górę, Creig w tym czasie zjadł śniadanie, o mało nie obcinając sobie przy tym palca...Po chwili jego siostra zbiegła na dół.
– Chcesz kanapkę? – Zapytał, a ona pokręciła głową w zniecierpliwieniu.
– Umówiłam was na piętnastą ! – Powiedziała na prędce, wciąż cała rozładowana, a Creig jęknął. Dopiero na 15? Co ja będę robił przez cały dzień? – Odpowiedź niemal sama się nasuwała...
– Świetnie. – Powiedział jednak, kończąc ostatnią kanapkę. – Gdzie?
– W sześćdziesiątce. – Ponownie wydał z siebie jęk.
– Dlaczego akurat tam? – Zapytał niby od niechcenia.
– Bo to fajne miejsce. – Odparła po prostu, a on pokręcił głową w rozbawieniu. – Tam się poznaliśmy...a potem jeszcze okazało się, że studiujemy na tej samej uczelni! – Creig zakrztusił się. To wiele wyjaśnia – Pomyślał przypominając sobie wątłego Stewarta.
– Dzięki. – Odpowiedział i postawił pusty talerz na blacie. – Pojadę z tymi papierami, będziesz cały czas w domu?
– Myślę, że tak... – Zastanowiła się. – Pewnie później wyskoczę po jakieś zakupy, muszę się jeszcze trochę pouczyć... – Pokiwał głową i skinął jej głową na pożegnanie.
– Na razie. – Rzucił i zaczął zbierać się do wyjścia.
– Nie miałeś zabrać jakiś dokumentów? – Zawołała Sonia nieco podejrzliwie, a on natychmiast skłamał:
– Są już w samochodzie. – I wyszedł, nie chcąc się dłużej tłumaczyć.
Jechał wolno, chciał dotrzeć do biura jak najpóźniej, nie miał dziś ochoty rozmawiać z Angeline, tym bardziej o wizycie jego matki...co miał jej powiedzieć? W jej mniemaniu powinien być wdzięczny...Podkręcił radio i zajechał do Starbucksa, gdzie kupił dużą kanapkę dla dziewczyny, po czym, wciąż nigdzie się nie spiesząc, dojechał do biura. Zamienił z nią jedynie kilka słów, zostawił kanapkę i wyszedł, starając się nie patrzeć na jej zbolałą minę...bał się, że jeżeli by został, doszłoby między nimi do kłótni. A tego nie chciał, nie chciał już na samym początku ich...związku, jeśli można to tak nazwać, kłócić się z nią. Nie wrócił jednak do domu, reszta dnia minęła mu leniwie i długo, był tak znudzony, że niemal nie mógł doczekać spotkania się z tym Stewartem. Równo za dziesięć czwarta zajechał pod wskazany bar, chłopak już tam na niego czekał, ubrany w przydługie jeansy i beżową marynarkę. Wysiadł z samochodu i przywitał się z mężczyzną mocnym uściskiem dłoni.
– Niezły samochód. – Skomentował Stewart, tęsknym wzrokiem spoglądając na czarne porsche.
– Służbowy... – Wymamrotał Creig i dał mu znać by wszedł do baru, uczynił to samo i natychmiast uderzył go nastrój panujący w tym miejscu. Na niewielkiej scenie jakiś mężczyzna całkiem nieźle udawał Louisa Armstronga, po lewej stronie stał bar z wysokimi krzesłami, po sali zaś krzątały się kelnerki z chustkami we włosach. Bar był prawie pusty, jedynie kilka osób grało w bilard...no tak, był przecież poniedziałek...Creig spojrzał na swego towarzysza i dostrzegł, że ten przygląda mu się wyczekująco, więc pewnym krokiem ruszył w stronę baru i zajął miejsce na wysokim krześle, czekając aż wybranek jego siostry do niego dołączy. Kiedy ten wreszcie się doczłapał i niemal wspiął na siedzisko, Creig pochylił się w stronę barmana, czyszczącego właśnie jakieś szklanki.
– Dwa piwa. – Powiedział i kilka minut później przed mężczyznami pojawiły się kufle pienistego napoju.
– Gdzie poznałeś moją siostrę? – Creig postanowił zastosować swoją stałą taktykę. Na jego nieszczęście chłopak okazał się szczery.
– Tutaj. – Wychylił swój kufel już prawie do połowy, na co Creig uniósł lekko brwi i przykazał kelnerowi podać im jeszcze dwa szoty wódki. Te pojawiły się prawie natychmiast. Zapowiada się niezła zabawa... – Pomyślał Creig podsuwając kieliszek młokosowi obok siebie i jednym uchem słuchając jego paplaniny. Wciąż opowiadał o Soni, był w niej tak zadurzony, że Creigowi aż zrobiło się go żal. Przerwał mu jednak, uznał że jest coś co musi mu powiedzieć dopóki jeszcze jest trzeźwy.
– Jeżeli ją skrzywdzisz, ja skrzywdzę ciebie. – Powiedział i podsunął mu drugi kieliszek, a ten był tak zszokowany, że niemal natychmiast go wychylił. Sam Creig nie zamierzał pić, jedno piwo w zupełności wystarczy, przyda mu się teraz jasność umysłu.
– Nie ma obawy...- Wykrztusił w końcu Stewart, lekko już pijanym głosem, a Creig zaśmiał się w duchu: Jedno piwo i dwa shoty...to sobie Sonia wybrała. – Kocham ją. – Dodał i dostał pijackiej czkawki, teraz już Creig nie mógł się powstrzymać i głośno się zaśmiał. Mimo wszystko cieszył się z tego co usłyszał, nie wydawało mu się, by chłopak miał jakieś niecne zamiary...nic tak nie rozwiązuje języka jak alkohol. Creig dostrzegł obok siebie ruch i jego wzrok padł na pusty już teraz stół do bilardu, obity zielonym suknem. W jego głowie powoli zaczął rodzić się pomysł...wychylił piwo do końca i wyjął portfel by zapłacić, ale powstrzymał go Stewart.
– Zostaw... – Wybełkotał. – Ja płacę... – Jak powiedział tak zrobił, wtedy Creig poklepał go lekko po plecach i zaczął wprowadzać swój plan w życie.
– Chodź Stewart, zagramy sobie. – Stewart, ośmielony piwem i wódką, natychmiast zerwał się z krzesła i chwiejnym krokiem ruszył w stronę stołu, chwytając najbliższy stojący kij, jakby miał się go przytrzymać. Creig powoli do niego dołączył.
– Słuchaj, zabawmy się...jeśli wygrasz możesz do woli spotykać się z moją siostrą. –Zaczął i lekko zmienił ton, nadając mu chłodne brzmienie. – Ale jeśli wygram ja, nigdy więcej się do niej nie zbliżysz. – Młodzik jakby nagle wytrzeźwiał, zmrużył oczy i przyjrzał mu się przerażony.
– No co ty, to moja dziewczyna, nie będę o nią grał! – Niemalże krzyknął, a Creig po raz kolejny się uśmiechnął. Dobra odpowiedź. Nie chciał jednak tracić rezonu, powiedział więc:
– Masz jaja? – Tamten lekko pokiwał głową, wciąż spłoszony. – No to gramy!
I grali. Po raz pierwszy w życiu Creig nie wykazał całej swej maestrii, co więcej, udawał autentycznie zdziwionego, kiedy godzinę później okazało się, że przegrał.
– No cóż wygrałeś. – Pozwoliłem ci wygrać... – cieszył się w duchu, ale nie powiedział tego na głos. Stewart zaś tak się cieszył, że jeszcze chwila, a zacząłby skakać do góry.
– Chodź, odwiozę cię... – Po tym jak wcześniej upiłem cię za twoje własne pieniądze... –Dotoczył ledwie się już teraz trzymającego na nogach Stewarta do samochodu i posadził go na tylnym siedzeniu, modląc się, by ten nie puścił pawia.
– Gdzie mieszkasz? – Zapytał siadając za kierownicą, ale odpowiedziała mu cisza. Cisza, która kilka sekund później przerodziła się w głośne...chrapanie.
– Cholera! – Zaklął mężczyzna i wyciągnął z kieszeni telefon, po czym wybrał numer do swojej siostry. Odebrała po pierwszym sygnale.
– Halo? – W jej głosie słychać było zaniepokojenie.
– Możesz mi podać adres Stewarta? – Zapytał spokojnie, takim samym tonem jakim prosił , by podała mu kolację.
– Coś się stało? – Była przerażona. Creig wyczuł to w jej głosie i przewrócił lekko oczami.
– Nic...chciałem odwieźć go do domu, ale usnął mi na tylnym siedzeniu. – Powiedział szczerze, wiedząc że w innym wypadku Sonia miałaby przed oczami same najgorsze wizje, od morderstwa po zakopanie żywcem.
– Spiłeś go?! – Cienki, wysoki głos niemal rozerwał mu bębenki, skrzywił się i lekko odsunął telefon od ucha.- Jak mogłeś!
– Skąd miałem wiedzieć że ma taką słabą głowę? – Bronił się i w tym czasie Stewart zaczął się lekko przebudzać.
– Niedobrze mi... – Creig spojrzał na niego przerażony.
– Sonia! – Przerwał jej tyradę. – Jeżeli zaraz nie podasz mi tego adresu, twój chłoptaś obrzyga mi tylne siedzenie służbowego samochodu!
– Sam jesteś sobie winien! Mam nadzieję że to zrobi! – Co za żmija! – Pomyślał i warknął na nią.
– Sonia!
– No dobrze już dobrze... – Niechętnie podała mu adres, a wtedy on nie tracąc nawet czasu na pożegnanie, natychmiast odpalił samochód, raz po raz zerkając na swego kłopotliwego pasażera. Piętnaście minut później zatrzymał się przy niewielkim blokowisku, wysiadł i pomógł swemu kompanowi. Kiedy był już pewien, że utrzyma się na nogach, złapał go pod pachę i odprowadził pod same drzwi, które niespodziewanie otworzyła jakaś starsza kobieta...myślał że Sonia podała mu zły adres i już przeklinał ją w duchu, kiedy nagle Stewart przemówił:
– Mamo...- Niemal go puścił i użył całej swojej samokontroli, by nie zacząć się śmiać. I jeszcze mieszka z matką... – Przekazał go zszokowanej kobiecie, skłonił się i wrócił z powrotem do samochodu. Tu już nie musiał się powstrzymywać i roześmiał się w głos, kiedy ujrzał coś na tylnym siedzeniu...Odwrócił się i sięgnął...But. Zaczął śmiać się jeszcze głośniej. To dopiero da Soni do myślenia... – Pół godziny później był już w domu, ze zniszczonym butem dyndającym mu przy nodze, gotowy stawić czoło swojej siostrze. Wszedł i doznał deja vu- już kiedyś tak na niego czekała, oparta o kanapę, z założonymi rękami, w różowej piżamie.
 

 
Pani McGillicuddy postanawia przyjechać do swojej przyjaciółki, panny Marple, detektywa - amatora. Jadąc pociągiem, staje się świadkiem morderstwa. Przez chwilę widzi w oknie jadącego sąsiednim torem pociągu, jak ktoś dusi nieznaną kobietę. Ponieważ nie znaleziono ciała, policja nie daje wiary opowieści pani McGillicuddy. Panna Marple rozpoczyna śledztwo. Ślady prowadzą do domu państwa Crackenthorpe'ów, gdzie wkrótce dochodzi do serii nowych morderstw. Panna Marple wysyła tam swoją młodą przyjaciółkę, Lucy Eyelesbarrow, by najęła się na służbę. Dziewczyna ma za zadanie dokładnie relacjonować staruszce wydarzenia z domu, by ta mogła dojść do odpowiednich wniosków.

Z jakichś powodów zdecydowałam się po raz kolejny dać szansę tej autorce... po raz kolejny czytałam w oryginale i po raz kolejny się zawiodłam - te książki chyba po prostu nie są dla mnie...

0/10

 

 
Słynny detektyw Herkules Poirot wybiera się na rejs po Nilu ekskluzywnym statkiem wycieczkowym "Karnak". Na rejs wybrało się znamienite towarzystwo - między innymi znana na całym świecie piękna i młoda milionerka Linnet Doyle ze swym świeżo poślubionym mężem, Simonem. Młoda para jest właśnie w trakcie podróży poślubnej. Już pierwszego dnia Poirot zauważa, że nie wszyscy dobrze życzą państwu Doyle. Pewna młoda kobieta ewidentnie młodą parę prześladuje i prowokuje do sprzeczek, ku wielkiemu oburzeniu obojga (zwłaszcza Simona). Okazuje się, że to Jacqueline de Bellefort, była narzeczona Doyle'a, która wciąż nie może się pogodzić z jego utratą i od dłuższego czasu uprzykrza młodym małżonkom życie. Sytuacja staje się niebezpieczna, gdy pewnego dnia podczas zwiedzania egipskiej świątyni, Linnet o mały włos nie zostaje uderzona wielkim głazem. Dla Poirota staje się jasne, że milionerce grozi śmiertelne niebezpieczeństwo; detektyw postanawia ją chronić.

Ustalmy coś: nie jestem fanką kryminałów. Ale liczyłam, że tak książka tak polecanej przez wszystkich autorki, dodatkowo w oryginale, a nie w polskim tłumaczeniu mi się spodoba... niekoniecznie. Pomijając poruszaną tematykę, akcja moim zdaniem albo za bardzo się rozwlekała, albo przesadnie pędziła... do tego ilość bohaterów, nie do zapamiętania...

2/10

 

 
Zemsta! Edie Swann żyła żądzą odwetu, odkąd przed laty opuściła rodzinne miasteczko. Teraz wraca wyrównać rachunki. Przywozi ze sobą listę nazwisk. Każdemu, kto się na niej znalazł, przekazuje niepokojący znak, że ma on na rękach krew. Jednak to, co spotyka ludzi z jej listy, przekracza jej zamiary i wyobrażenie…

Przeczytałam tę książkę już dwa razy i za każdym razem coraz bardziej mi się podoba... występuje romans, ale to nie on odgrywa tu główną rolę ale jak już wspomniałam - zemsta! Polecam wszystkim


8/10
http://b2.pinger.pl/f0ba266993c8658509a8b785e41cc80c/grzech.jpg