• Wpisów:380
  • Średnio co: 3 dni
  • Ostatni wpis:2 lata temu, 09:42
  • Licznik odwiedzin:27 227 / 1383 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Akcja tragedii rozgrywa się w średniowiecznej Szkocji. Makbet, jeden ze znakomitych wodzów wojsk króla Duncana, jadąc przez wrzosowisko wraz ze swoim przyjacielem, Bankiem, spotyka trzy wiedźmy. Przepowiadają mu one, że zostanie królem, a Banko będzie ojcem królów.
Makbet nie wierzy w przepowiednię, ale kiedy zaczyna się ona realizować - awansuje, zostaje tanem Kawdoru (a ten tytuł przepowiedziały mu między innymi wiedźmy), bohater coraz poważniej myśli o objęciu tronu. Zwierza się swojej żonie, a Lady Makbet namawia go do popełnienia zbrodni na prawowitym władcy. Jest to tym łatwiejsze, że po wygranej bitwie, Duncan gości w zamku Makbeta - Inverness. Tam król ginie z ręki Makbeta, który przygotowuje zbrodnię wraz z żoną. Potem, po ucieczce królewskich synów za granicę w obawie o życie, Makbet podejmuje władzę. Wkracza na drogę zbrodni - musi zabić Banka w obawie, by nie rozeszła się wieść o ich spotkaniu z czarownicami i przepowiedni. Na jego polecenie ginie też Lady Makduf i jej synek, bo w ten sposób Makbet chce się zemścić na zwolenniku prawowitego następcy tronu, Makdufie.
Makbet jeszcze raz odwiedza czarownice, by upewnić się, że jego władzy nic nie zagraża. Wciąż odczuwa wyrzuty sumienia, nie może zaznać spokoju. Podobnie Lady Makbet, która popada w obłęd i popełnia samobójstwo. Po pokrętnej wróżbie czarownic Makbet wraca do swojej królewskiej siedziby w zamku Dunzynan. Sprzymierzone przeciw tyranowi wojska już otaczają zamek. Bohater ginie w pojedynku z Makdufem.
Hmm... genralalnie lubię Szekspira, naprawdę- bardzo typowo, nastąpiło to po przeczytaniu "Romea i Julii" Ta tragedia również bardzo mi się podobała, zwłaszcza przepowiednie i Lady Makbet Ocena nie wysoka, ze względu na to, że mimo wszystko jest do dramat...

6/10

 

 
Portret jednej z najbardziej bezwzględnych kobiet w historii

Młodziutka, na pozór niewinna księżniczka Katarzyna przybywa na życzenie carycy Elżbiety do Pałacu Zimowego. Zostaje przedstawiona jako kandydatka na żonę Piotra - następcy rosyjskiego tronu. Wybór ten zdecydowanie nie wszystkim przypada do gustu.
Aby przetrwać, musi przyswoić sobie reguły pałacowej gry i pamiętać o jednym: wszyscy oszukują.

Katarzyna Wielka to napisana z ogromnym rozmachem powieść, która pozwala zajrzeć, niczym przez dziurkę od klucza, do komnat i alków Pałacu Zimowego, by odkryć historię przemiany i dochodzenia do władzy jednej z najśmielszych/ najbardziej bezwzględnych kobiet w historii.

Nie lubię polskich książek, ale ta nawet mi się podobała... dość ciekawa fabuła, chociaż momentami okropnie rozwleczona (być może dlatego ta lektura to taka cegła), ciekawostki i kontrowersje... nie jestem w stanie jednoznacznie się określić

5/10

 

 
W mrok to dojrzalsza, bardziej kunsztowna i jeszcze mroczniejsza kontynuacja powieści Andrieja Diakowa Do światła: dotychczas najlepszej – w opinii czytelników – książki w ramach projektu Uniwersum Metro 2033. Na oczach załogi Babla, pływającej platformy wiertniczej, mieszkańcy Moszcznego giną w ogniu eksplozji nuklearnej. Kto i dlaczego podniósł rękę na pokojową społeczność wyspy, niwecząc nadzieje na lepszą przyszłość dla garstki ocalałych z Katastrofy? Podejrzenie pada na mieszkańców petersburskiego metra, którzy otrzymują ultimatum: w ciągu tygodnia muszą ustalić winnych. Inaczej wszyscy podzielą los unicestwionej wyspy… Śledztwo spoczywa na barkach stalkera Tarana. Sytuację komplikuje niespodziewane zniknięcie Gleba, jego przybranego syna. Mnożą się pytania, a droga do prawdy jest trudna. Odpowiedzi są bowiem ukryte w mroku – na samym dnie ludzkiej duszy.

„Skażony świat, dzikie bestie, głód – to tylko opakowanie, tło, zewnętrzna strona mroku. Z tym nauczyliśmy się już walczyć. Prawdziwy mrok jest wewnątrz, w naszych głowach. I od niego wyzwolić się będzie znacznie trudniej”.

Kolejna część opowieści o Glebie i Taranie... i jeszcze lepsza! Przeżywałam, płakałam i niszczyłam razem z bohaterami, książka, o której długo nie da się zapomnieć

10/10


  • awatar Zakira Luna: @Seiti: odwieczny ból :D
  • awatar Seiti: Tyle książek a czasu tak mało ;(
  • awatar SallyLou: W samym opisie czuję ciężką atmosferę historii. Po pochlebnej recenzji wcześniejszej części zdecydowanie zabiorę się za książki Diakowa jak tylko znajdę chwilę.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Litwa pod sowiecką okupacją , rok 1941. W chwili, gdy armia hitlerowska atakuje Rosję, Hannibal ma osiem lat. Aby przetrwać, arystokratyczna rodzina Lecterów, spokrewniona z włoskimi rodami Sforzów i Viscontich, chroni się w domku myśliwskim w lesie. I pozostaje tam aż do odwrotu wojsk niemieckich. Ten okres Hannibal będzie później wspominać jako ostatnie szczęśliwe lata swojego życia. Zimą 1944 roku brakuje żywności, a ludzie umierają z głodu i zimna. W domku myśliwskim Lecterów pojawiają się szabrownicy. Ich ofiarą pada ukochana siostrzyczka Hannibala, Misza. Osierocony, zagłodzony, zamknięty w sobie chłopiec trafia do stalinowskiego sierocińca, gdzie jest bity i poniżany z powodu arystokratycznego pochodzenia. Tam odnajduje go wuj i zabiera do swojego domu we Francji. W życiu Hannibala zaczyna się nowy rozdział. Wuj jest uznanym malarzem, człowiekiem szlachetnym i subtelnym. Hannibal zakochuje się w jego żonie, pięknej Japonce, pani Murasaki, od pierwszego wejrzenia. Dzięki jej staraniom odzyskuje mowę i zapomina o strasznych wojennych przeżyciach. Do czasu. Sprowokowany, zabija po raz pierwszy, lecz unika odpowiedzialności. Dzięki ciotce rozpoczyna w Paryżu studia medyczne. Swoimi niezwykłymi zdolnościami zwraca na siebie uwagę profesorów, którzy powierzają mu coraz bardziej odpowiedzialne zadania. Dysponując większą swobodą, poświęca się swojej obsesji: stara się odszukać i ukarać morderców siostry. Stopniowo budzą się jego demony. Rodzi się nowy Lecter – koneser piękna, niezdolny do miłości i pozbawiony ludzkich odruchów okrutny zabójca, prawdziwy geniusz zła...
Szczerze mówiąc, rozczarowałam się. Książka, chociaż dość mocna (momenty w których chłopiec dowiaduje się, że zjadł rosół ugotowany na mięsie własnej siostry), to mimo wszystko po prostu dziwna, w nie do końca pozytywnym tego słowa znaczeniu. Z trudem dobrnęłam do końca...

4/10
  • awatar SallyLou: @Zakira Luna: A szkoda, uwielbiam jak mogę wczuć się w psychikę psychopaty i lepiej go zrozumieć :D Ale może kiedyś sięgnę po ten tytuł.
  • awatar Seiti: kocham Hannibala w każdej postaci, chętnie zanurzę się w okrucieństwie nawet bez psychologicznego uzasadnienia. Muszę wrócić do serialu. Jak kupię sobie doga kanaryjskiego nazwę go Hannibal. :)
  • awatar Zakira Luna: @SallyLou: Właśnie chodzi o to, że jest bardzo, bardzo słabo rozwinięty...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
W swoich snach jest nadal szczęśliwa i bezpieczna w rodzinnym zamku w Szkocji. W swoich snach nie musi zmagać się ze wspomnieniami straszliwego dnia, kiedy zamordowano jej siostrę, a ona sama ledwie uszła z życiem... Ale tamten świat przeminął. Teraz Kayleigh jest... złodziejką w Nowym Orleanie. I wciąż ucieka przed swym prześladowcą. Aż spotyka kogoś, kto może stać się jej wybawicielem... lub najbardziej zdradzieckim wrogiem.
Powiem tak: Książka bardzo... typowa dla swojego gatunku, aczkolwiek czytało się ją przyjemnie, powiedziałabym, że dość ambitny romans historyczny - czasem lubię zrobić sobie małą odskocznię do takich książek... polecam

7/10
 

 
Z petersburskiego metra wyrusza grupa straceńców z misją odszukania tajemniczego światła, którego źródło tkwi gdzieś w Kronsztadzie. Przewodzi im Taran, doświadczony stalker. Za udział w wyprawie zażądał… dwunastoletniego sierotę, Gleba. W grupie znajduje się też wyznawca kultu Exodusu, wierzący w Arkę, która zabierze wybrańców do raju wolnego od promieniowania.

Jak rozwiną się szorstkie początkowo relacje opiekuna i chłopca? Co czeka na wędrowców u celu? Czy spotkają innych, którzy przetrwali Katastrofę? Czy z bazy Floty Bałtyckiej zabierze ich krążownik „Wariag” – mityczna Arka wyznawców Exodusu?

Jedno można powiedzieć: nadzieja to dziwne uczucie.

Muszę powiedzieć, że książka absolutnie podbiła moje serce! Bardzo, bardzo dobrze napisana, nierozwleczona, cudowny pomysł - podeszłam do niej dość sceptycznie, ale później nie mogłam się oderwać, momentami wyłam jak bóbr, ... moja pierwsza przygoda z "metro..." nie skończyła się zbyt dobrze, ale po tej lekturze nabrałam ochoty na więcej! A wy, zaczytani jak odnajdujecie się w świecie po apokalipsie?

9/10

  • awatar Seiti: Wyobraźnia yaoistki podsuwa mi pewne motywy...
  • awatar SallyLou: Czytałam już różne opinie na temat tej książki i chyba w końcu się za nią zabiorę :D O ile czas będzie...
  • awatar Lisa Angels: Ciekawa nagroda... aż się boję jakie miał pobudki prosząc o dzieciaka :D Kiedyś przeczytam, z pewnością :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Muszę się wam do czegoś przyznać... będąc pod wrażeniem samej siebie- nie sądziłam że faktycznie uda mi się przeczytać tyle książek w 2015r. wpadł mi do głowy pewien pomysł: stworzyć nowego bloga, na którym polecała/odradzałabym przeczytane przez siebie książki i pisała o nich krótką notkę... ale zaraz pomyślałam: Hej, dlaczego by nie zrobić tego tutaj?
Tak więc co jakiś czas będą pojawiały się tutaj recenzje książek, taka moja... biblioteczka- żeby nieco to uporządkować, wszystko oznaczę jednym tagiem, jak w tytule Zaczynamy od następnego wpisu!
  • awatar Zakira Luna: @Lisa Angels: :D
  • awatar Lisa Angels: Widzę, że lista do przeczytania dla mnie rozwinie się w całą bibliotekę :D Świetny pomysł :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Do Creiga powoli zaczęła docierać cała prawda- pluł sobie w brodę, może gdyby wcześniej przedstawił jej to w taki sposób, nie straciliby tyle czasu! A tak, nie wiadomo ile dni zostało im do planowanego przewozu, trzeba działać, natychmiast!
– U ciebie w domu tak? – Zapytał zwięźle, a ona pokiwała szybko głową. – Jesteś w stanie wskazać gdzie? – Pomyślała chwilę...
– Tak. – Odpowiedziała.
– Zrobisz to? – Domyślnie zadał jej to pytanie, zawahała się tylko przez sekundę, po czym znów pokiwała głową.
– Dla mnie i dla nas. – Słysząc te słowa wyciągnął dłoń i delikatnie pogłaskał ją po policzku.
– Powiesz mi dokładnie gdzie jest ten list, a ja wyślę po niego chłopaków. – Objaśniał jej. – Przetłumaczysz go i będziesz wolna. – Uśmiechnął się lekko, po czym odwrócił w stronę drzwi.
– Muszę już iść, mam kilka spraw do załatwienia...przyjdę później. – Mrugnął do niej i wyszedł, szczęśliwszy niż kiedykolwiek. Angeline również rozpierała energia, w życiu nie przyszło jej do głowy, że może chodzić o któryś z tych dokumentów...Już niedługo! – Z tą świadomością nawet prycz na której się położyła, nie wydawała się już tak twarda jak zwykle...Położyła obie dłonie pod głową i zaczęła rozmyślać o tym, jak jej całe życie uległo zmianie w, tak naprawdę jeden dzień. Creig budził w niej bardzo silne uczucia, mimo to wciąż nie wiedziała, na ile może mu zaufać, pracował w końcu dla mafii...przeturlała się na bok, podwinęła kolana prawie pod samą brodę i nakazała sobie o tym nie myśleć. Chciał jej pomóc, to się liczyło. I uczucia , jakimi ją darzył.
Wciąż wyrzucała sobie, ile czasu zmarnowała, zanim zdała sobie sprawę o jakie tłumaczenie chodzi. Miała nadzieję, że w czarnej teczce znajdował się ten cholerny list...naprawdę miała na to nadzieje. Patrząc czysto kalkulacyjnie, prawdopodobieństwo było bardzo duże- nie przypominała sobie tego tekstu, a dokumenty, które dostała w piątek, mają być gotowe na poniedziałek...uspokoiła się trochę, to na pewno to...to musi być to. A jeśli nie?- Pytanie pojawiło się w jej głowie zupełnie nieproszone, zmarszczyła brwi, znowu ogarnął ją niepokój...nagle przypomniała sobie swoją mantrę, z czasów kiedy jeszcze jako nastolatka bardzo dogłębnie zastanawiała się, dlaczego własna matka porzuciła ją tuż po porodzie...brzmiała ona tak: ,,Nie przejmuj się rzeczami, na które nie masz wpływu"- Postanowiła nie przejmować się też teraz, wolała skupić się na teraźniejszości, wolała myśleć o Creigu i o uczuciach, jakie powoli w niej kiełkowały...nigdy nie spotkała kogoś takiego jak on. Zdała sobie sprawę, że mimo wszystko zupełnie go nie zna- nie wiedziała co je na śniadanie, gdzie mieszka, czy ma rodzinę... w kwestii rodziny nie miała na myśli żony czy dzieci, chodziło jej raczej o rodziców i rodzeństwo. Jakie lubi płatki? Jest lewo czy praworęczny? Tyle chciałaby się dowiedzieć...tyle chciała mu powiedzieć, no cóż, na razie musi poczekać, by trochę zabić czas postanowiła się zdrzemnąć, usnęła widząc pod powiekami zielone, wpatrzone w nią oczy...
– Pobudka... –Jakiś niski, miły głos wyrwał ją z krainy snów, uniosła leniwie powieki i zamrugała kilka razy, chcąc przyzwyczaić się do światła. Klęczał przy niej Creig i uśmiechał się lekko. – Kolację podano. – Dodał, wskazując brodą na dwa białe pudełka znajdujące się na metalowym stoliku. Dwa? Będzie dziś z nią jadł? A może to dla niej, na dziś i na jutro? Niepewnie usiadła, wtedy on przysunął jej stolik i podał plastikowe sztućce, po czym otworzył obydwa opakowania i zajął miejsce na podłodze. Naprawdę zamierza ze mną zjeść- Przeszło jej przez głowę, ale zapach jedzenia był zbyt rozpraszający...z zapałem zabrała się do pałaszowania swojej porcji, on zaś przyglądał się jej, prawie nie czując smaku. Kilka razy próbował ją zagadnąć, ale ona tylko kiwała głową w odpowiedzi, zbyt zajęta jedzeniem, po chwili więc odpuścił i postanowił poczekać aż skończy. Jej pudełko zrobiło się puste na długo przed jego, oblizała leniwie wargi i pogładziła się po brzuchu- uśmiechnął się i w skupieniu pałaszował swoją porcję.
– Lubisz chińszczyznę? – wypalił nagle, a ona przez chwilę zastanowiła się nad odpowiedzią.
– Właściwie nie... – W ogóle nie lubiła jedzenia na mieście, zbyt często była na nie skazana, wolała więc sama przygotowywać posiłki, kiedy tylko miała na to czas. – Ale po czasie jaki tu spędziłam, mogę powiedzieć, że lubię wszystko. – Chciała zażartować, ale jemu zrzędła mina i tylko smętnie pokiwał głową.
– Który dzisiaj jest? – Zapytała chcąc zmienić temat.
– Dwudziesty trzeci października. – Odparł natychmiast, a ona lekko się zdziwiła...To by oznaczało, że jest tu dopiero...trzy dni? Zdawało jej się że minęło znacznie więcej...Na chwilę zapadło między nimi milczenie, Creig dokończył swój posiłek i razem złożył obydwa pudła.
– Opowiesz mi coś o sobie? – Zapytała niewinnie Angeline, a na jego twarzy natychmiast pojawiła się czujność. Niemalże zastrzygł uszy...
– A co być chciała wiedzieć? – Zapytał niechętnie, patrząc na nią spod na wpół przymrużonych powiek. Zadała pierwsze pytanie, jakie przyszło jej do głowy.
– Ile masz lat? – Patrząc na niego, trudno było zgadnąć, on zaś, słysząc pytanie, lekko się rozluźnił, najwyraźniej spodziewał się czego innego.
– Pojutrze będę miał trzydzieści... – Zmarszczyła brwi. Myślała że więcej.
– Ty oczywiście wiesz ile ja mam... – Odparła z lekką nutą ironii, a on uśmiechnął się kwaśno i pokiwał głową. – Masz rodzeństwo? – Uznała, że to w miarę bezpieczny temat, zwłaszcza kiedy dostrzegła ciepło, jakie rozjaśniło na chwilę twarz mężczyzny.
– Mam siostrę. Trochę młodszą od ciebie, studiuje pedagogikę.. – Zazdrościła mu w tej chwili z całego serca. Też chciałaby mieć rodzeństwo, jakiekolwiek...tyle się nasłuchała i naczytała o tych ,,niepowtarzalnych więziach", więziach, których ona nigdy nie miała i nigdy nie będzie posiadać. Nie jestem jedyną jedynaczką na ziemi... – Ta myśl trochę ją pocieszała.
– A ty? – Zapytał nagle. Wiedział, czy tylko ją sprawdzał? Zdecydowała się odpowiedzieć zgodnie z prawdą.
– Nie. – Powiedziała krótko, sądząc że to zakończy temat, a jego uśmiech przeszedł z ciepłego w lekko kpiarski.
– Pewnie musiałaś być oczkiem w głowie swoich rodziców co? Wychuchana, wydmuchana... – Przerwał, kiedy dostrzegł ból, jaki pojawił się w oczach dziewczyny. Pomyślał wtedy, że pewnie miała ze swoimi rodzicami podobne relacje co on ze swoimi. W końcu coś ich łączyło...położył dłoń na jej małej ręce, jakby w ten sposób chciał dodać jej otuchy.
– Przepraszam. Nie wiedziałem...Jeżeli cię to pocieszy, moi też nie byli stworzeni do roli rodziców. – Spojrzała na niego uważnie. Co go spotkało? Nie mogła się nad tym dłużej zastanawiać, dziwiła się, że nie wie o jej pochodzeniu.
– Nie mam rodziców. – Powiedziała cicho.
– Odeszli? – Zapytał delikatnie, wciąż nie pojmując, a ją ogarnęło już rozdrażnienie.
– Nie! Nie umarli! Zresztą nie wiem... – Pokręciła głową, zdając sobie sprawę, że przecież tego nie może być taka pewna.
– Jak to nie wiesz? – Drążył temat, jej rozdrażnieni przeszło w jawną złość.
– Po prostu nie wiem! Matka oddała mnie zaraz po urodzeniu, a pierwsze osiemnaście lat swojego życia spędziłam w bidulu! – Prawie krzyczała., wyszarpując dłoń. – Nie masz pojęcia jak ci zazdroszczę! – Naskoczyła nagle, on jednak wciąż był zszokowany jej wyznaniem, więc dopiero po chwili odpowiedział.
– Niby czego?!
– Rodziny! Masz rodziców...masz siostrę...masz wszystko to, o czym ja mogę tylko marzyć. – Jej głos ucichł, pojawił się w nim teraz zawód i rezygnacja. – I jeszcze narzekasz... – Pokręciła głową. Zawsze ją to denerwowało. Dzieciaki, a potem dorośli narzekający na ludzi, którzy dali im życie.
– Mój ojciec mnie nienawidził, a dla matki liczyły się tylko interesy...czego tu zazdrościć? – W jego spojrzeniu pojawił się zimny błysk, przemawiał lodowato.
– Tego, że w ogóle są. – Odparła odważnie patrząc mu w oczy. – Nie masz pojęcia ile razy marzyłam, by ich mieć. Jakichkolwiek. Ale mieć. Ty tego nie zrozumiesz, jak każdy zresztą. – Pokręciła głową zrezygnowana, a on poczuł że się przed nim zamknęła.
– Posiadanie wyłącznie złych wspomnień czasem jest gorsze niż nieposiadanie żadnych. –Podniosła na niego wzrok i poczuła wyrzuty sumienia, że tak na niego naskoczyła.
– Lepiej już pójdę...trzymaj się. – I wyszedł, nie zaszczyciwszy jej nawet spojrzeniem, ani nie dając szansy na wyjaśnienia.
  • awatar SallyLou: No w końcu się wyjaśniła sprawa tego, czego Angeline nie wiedziała. Creig mógł od razu rozjaśnić jej sprawę, a nie zmuszać by przyznała się do czegoś czego nie zrobiła. Ciekawa jestem czy jak mu to przetłumaczy to ją wypuści. Bo czuję, że coś zacznie kombinować...
  • awatar Zakira Luna: @Lisa Angels: ku przestrodze :P
  • awatar Lisa Angels: A było tak pięknie i musieli się pokłócić... Ale serio z tą teczką, to było bardzo nie profesjonalne XD Dowiedzieć się, że porwali cię i przetrzymywali trzy dni, tylko dlatego, że raz się człowiek poobijał XD Aż strach się bać swojego lenistwa.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Rozdział 19
Wciąż nie mogła wyjść z szoku. Ten...ten...pocałował ją! Ale nie to było najgorsze, najgorsze było to, że wtedy bardzo jej się to podobało, tak bardzo, że zanim zdążyła się opanować, sama już go całowała- nie mogła wyrzucić z głowy dotyku jego ust na swoich i delikatnych ruchów palców w jej włosach...wydawał się tak samo zszokowany jak ona. Położyła się na plecach i ułożyła dłonie na brzuchu.. Z każdym wspomnieniem jego twarzy, głosu czy pocałunku w jej brzuchu latało stado tysięcy motyli. Jeżeli wcześniej myślała, że znajduje się w złej sytuacji, to jak nazwać to co dzieje się teraz? Znajdowali się w matni bez wyjścia, wiedziała że nigdy nie będą razem. Dała się porwać namiętności. Nie tylko padła ofiarą porywaczy, ale również...zakochała się w jednym z nich. Kiedy to sobie uświadomiła, niemal załkała z bezsilności...gdyby spotkali się w innych okolicznościach, gdyby...co by było gdyby- Pokręciła głową, sprowadzając się na ziemię. Zresztą pewnie dla niego i tak to nic nie znaczyło...-Pomyślała i przyszło jej jeszcze do głowy, że być może w ten sposób chciał wyciągnąć z niej informację- uwieść, zdobyć co się chce i odejść...takich facetów spotkała w swoim życiu już nazbyt często. Potrafiłby tak zagrać?- Intuicja podpowiadała jej, że szok na jego twarzy był na to zbyt autentyczny...była tak zamyślona, że kiedy obiekt jej zainteresowania wszedł do celi, zauważyła to w ostatniej chwili. Patrzył na nią, a konkretnie na jej usta...zrobiła się czerwona na wspomnienie przyjemności, jakiej doznała kiedy ją całował...zamierzał to powtórzyć? - Na tę możliwość serce zaczęło tłuc się w jej piersi, nie wiedziała czy ta myśl dodaje jej życia, czy też przeraża...Nagle zapragnęła przerwać to całe milczenie, zapytała więc o pierwszą rzecz, jaka przyszła jej do głowy.
– Jak ci na imię? – Chciała go o to zapytać od samego początku.
– Co? – Otrząsnął się, jakby z zamyślenia i popatrzył jej w końcu w oczu.
– Jak masz nie imię? – Powtórzyła, lekko już skruszona, a on lekko zmarszczył brwi, napięcie stało się wręcz namacalne.
– Creig. – Odpowiedział w końcu, a ona powtórzyła to imię bezdźwięcznie, sprawdzając sposób, w jaki jej usta układają się kiedy je wymawia.
Podszedł do niej i porwał w ramiona, zaskoczona wydała głośny jęk, próbowała protestować kiedy mocno przytulił ją do szerokiej piersi, ale z każdą sekundą jej opór słabł coraz bardziej, w jego objęciach czuła się bezpieczna, to tu chciała być, to tu chciała się znajdować...od samego początku. Objęła go więc rękoma i oparła policzek na zagłębieniu w jego szyi.
– Angeline, Angeline... – Szeptał jej do ucha i przyciskał do siebie z taką siłą, że niemal brakło jej tchu. Odsunął się lekko, by móc spojrzeć jej w twarz, na jego obliczu malowało się tysiące sprzecznych emocji.
– Próbowałem z tym walczyć, ale nie mogę... – Pokręcił głową patrząc jej prosto w oczy. – Nie mogę przestać o tobie myśleć. – Podniosła dłoń i lekko przejechała nią po jego gładkim policzku, przymknął oczy napawając się jej dotykiem, wreszcie mógł to robić. – Pragnę cię.
– więc nie walcz... – Wyszeptała cicho, a on otworzył oczy i spojrzał na nią przerażony, lecz po chwili na jego twarzy pojawił się błysk dzikiej determinacji.
– Znajdziemy sposób. Angeline, jest dla nas nadzieja – Szepcze rozgorączkowany wciąż trzymając ją w ramionach – Błagam cię, powiedz mi kiedy odbędzie się ten przewóz. Powiedz a będziesz wolna. Oboje będziemy. – Odskoczyła od niego jak oparzona. A więc to jednak był podstęp! A ona głupia po raz kolejny dała się zwieść słodkim słówkom...Creig spojrzał na nią jakby wyrosła jej druga głowa, zupełnie nie rozumiał w tej chwili jej zachowania.
– Tak to sobie zaplanowałeś! Chciałeś najpierw mnie uwieść, a potem zdobyć to co chcesz! –Wykrzyczała mu, miała ochotę się rozpłakać- Tak silne było rozczarowanie, jakie ogarnęło ją w tym momencie. Rozczarowanie pomieszane ze smutkiem. Creig zdawał się dopiero w tej chwili rozumieć sens jej tyrady.
– Co? Nie! – Znowu złapał ją za ramiona i zmusił do spojrzenia sobie w oczy. – Jak możesz tak myśleć? – Zirytował się, w oczach pojawił się stalowy błysk gniewu.
– Myślisz że udaję? Udowodnię ci że nie! – Pochylił się i znowu ją pocałował, tym razem mocno i brutalnie, mimo to znowu poczuła w brzuchu świergot motyli...tak duży miał na nią wpływ. Kiedy w końcu się od niej oderwał oddech miał równie urywany co ona, dopiero po kilku sekundach był w stanie mówić.
– Czy teraz mi wierzysz? – Zapytał, myślami i wzrokiem wciąż błądząc po jej ustach, ona jednak, pomimo desperacji jaką poczuła w tym pocałunku, wciąż nie była przekonana, dostrzegł to i lekko pokręcił głową.
– A czy uwierzysz mi, kiedy powiem ci, że człowiek który zlecił twoje porwanie to Joseph Saragino? – Złamał żelazną zasadę. Podał nazwisko szefa. Miał pełną świadomość tego, że gdyby usłyszał to któryś z chłopaków, nie pożyłby długo. Angeline wciągnęła gwałtownie powietrze, wszyscy znali tego mafiosę, ale nikomu nigdy nie udało się posadzić go za kratkami...gdyby Angeline wyszła, a potem go wskazała, tym samym wydałaby wyrok śmierci na Creiga- w momencie w którym zdała sobie z tego sprawę, już wiedziała że nie została oszukana. Ale nie dało jej to takiej satysfakcji jak się spodziewała.
– Jesteś członkiem mafii? – To pytanie cudem przeszło jej przez gardło, zauważyła jak po twarzy jej towarzysza przemknął cień.
– Tak. – Odparł cicho, badając jej reakcję. – Jestem prawą ręką Josepha Saragino. – Dodał, skoro już zdecydował się powiedzieć jej prawdę, nie chciał też by dowiedziała się od kogo innego.
Angeline przykryła twarz dłońmi i załkała lekko- w pierwszym odruchu chciał ją przytulić, nie wiedział jednak czy po tym co usłyszała, miała na to ochotę. Po chwili zabrała ręce i spojrzała na niego marszcząc czoło. To wszystko nie tak... – Pomyślała.
– Nie mogę zmienić tego kim jestem. – Powiedział lekko przepraszającym tonem. – Ale mogę sprawić, że... - Nie dokończył. Przez chwilę chciała się wycofać, chciała powiedzieć , że nie zamierza mieć z nim nic wspólnego, ale jej decyzja zmieniła się jak w kalejdoskopie. Co mam jeszcze do stracenia? – Pomyślała. – Moje życie i tak nie ma najmniejszego sensu. – Przy nim zaś czuła...coś. Nie była jeszcze w stanie dokładnie określić co, ale postanowiła spróbować. Zrobiła krok w jego stronę i lekko niepewnie położyła mu dłoń na sercu, wyczuwając pod palcami szybki, niespokojny rytm.
– W porządku. – Powiedziała lekko zachrypniętym głosem. – Co mam zrobić? – Usłyszała jak z ulgą wypuszcza powietrze i jeżeli miała jeszcze jakiekolwiek wątpliwości co do jego szczerości, w tej chwili do końca się rozwiały.
– Powiedz mi...kiedy to się odbędzie. – Słyszała to pytanie milion razy. I nigdy nie pragnęła znać odpowiedzi tak bardzo jak w tej chwili. Ale nie znała jej. Pokręciła lekko głową i spojrzała mu w oczy.
– Creig ja... – Zaczęła, bała się powiedzieć to co mówiła mu za każdym razem – Naprawdę nie wiem. – Wydusiła w końcu i zamarła, widząc na jego twarzy groźny błysk. Delikatnie położyła mu dłonie na obydwu policzkach i stanęła na palcach, by zrównać z nim spojrzenie.
– Teraz to ty musisz mi uwierzyć... – Błagała go w myślach by to zrobił. Zamknął na chwilę oczy, po chwili otworzył je i spojrzał na nią szczerze zdziwiony.
– Jak to możliwe? – Nie był w tanie tego pojąć – Wiem że list został przekazany do centrum tłumaczeń w którym pracujesz przeszło tydzień temu. Wiem też, że do poniedziałku miałaś je wykonać. – Patrzył na nią oniemiały, a jej nagle coś zaczęło świtać...poniedziałek...Wciągnęła gwałtownie powietrze.
– Już wiem! – Niemal wykrzyczała, wciąż nie mogąc wyjść z szoku. – Creig, już wiem, dlaczego nic nie wiem! – Patrzył na nią z mieszaniną rezerwy i zdziwienia.
– Co masz na myśli? - Rozchylił usta i patrzył na nią ze zmarszczonymi brwiami. A ją aż rozpierała energia.
– Po prostu nie zdążyłam tego jeszcze przetłumaczyć! – Złapała się za głowę, w końcu rozumiejąc cały ten raban, Creig zaś wciąż patrzył na nią oniemiały. – Dostałam to w piątek, wciąż leży u mnie w domu! Po prostu nie zdążyłam Creig! – Teraz krzyczała już na całe gardło, ale w jej głosie nie pobrzmiewała ani jedna zła nuta.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 


A ty? Uzupełnij i podziel się z nami w komentarzu
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Rok 2015 za nami, jako zapalona czytelniczka, po części z ciekawości wzięłam udział w wyzwaniu (nazwa w tytule), dzisiaj chciałam podzielić się z wami swoim wynikiem Nie spodziewałam się, że wyjdzie tak "okrągła liczba"
P.S. Książki, które wywarły na mnie największe wrażenie, takie które mną wstrząsnęły, dały do myślenia czy skłoniły do łez (a nie jest to łatwe) i które zdecydowanie polecam oznaczyłam gwiazdką: *

1. ,,Do światła. Metro 2033"- Andriej Diakow *
2. ,,Niegodziwa Czarodziejka"- Megan McKinney
3. ,,Hannibal. Po drugiej stronie maski"- T.Harris
4. ,, W Mrok. Metro 2033"- Andriej Diakow
5. ,,Katarzyna Wielka. Gra o władzę"- E.Stachniak
6. ,,Makbet"- William Szekspir
7. ,,Death on the Nile"- Agatha Christie
8. ,,4,50 From Paddington"- Agatha Christie
9. ,,Grzech Śmiertelny"- Annie Solomon
10. ,,Carrie"- Stephen King
11. ,,Hamlet"- William Szekspir
12. ,,Pojednanie"- Cathy Maxwell
13. ,,Alchemia miłości"- Eve Edwards
14. ,,Jesienna Miłość"- Nicholas Sparks *
15. ,,List w Butelce"- Nicholas Sparks
16. ,,Hunting For Online Demons"- Kattlett
17. ,,Exitus Letalis. Tom 1"- Kattlett
18. ,,Exitus Letalis. Tom 2"- Kattlett
19. ,,Świętoszek"- Molier
20. ,,Upadli"- Lauren Kate
21. ,,Śpij Kochanie, śpij..."- Joanne Harris
22. ,,3 Metry nad Niebem"- Federico Moccia
23. ,,Arizona"- Diana Palmer
24. ,,Córka Morza. Sztorm"- Trine Angelsen
25. ,,Córka Morza. Wróg nieznany"- Trine Angelsen
26. ,,Magnolia"- Diana Palmer
27. ,,Łajdak"- Irish Johansen
28. ,,Książę z Bajki"- Gaelen Foley
29. ,,Irlandzka Krew"- Nora Roberts
30. ,,Bransoletka"- Ewa Nowak
31. ,,Gwiazd naszych wina" - John Green *
32. ,,Sukkub" - Edward Lee *
33. ,,Zaślepienie" - Catherine Hart
34. ,,Rywalki" - Kierra Cass
35. ,,Noc i Dzień" - Debbie Macomber
36. ,,Dziady cz. IV" - Adam Mickiewicz
37. ,,Jak pisać. Pamiętnik Rzeieślnika" - Stephen King *
38. ,,Grey" - EL James
39. ,,Anioł Stróż" - Nicholas Sparks
40. ,,Dying Light. Aleja koszmarów" - R. Benson
41. ,, A lasy wiecznie śpiewają" - Trygre Gulbrannsen
42. ,,Córka Stalina" - Świetłana Alliłujewa
43. ,,Zielona Mila" - Stephen King *
44. ,,Tatuaż z lilią" - Ewa Seno
45. ,,Saga zapomniany ogród" tom 1 Merete Lien
46.,,Saga zapomniany ogród" tom 2 Merete Lien
47.,,Saga zapomniany ogród" tom 3 Merete Lien
48.,,Saga zapomniany ogród" tom 4 Merete Lien
49.,,Saga zapomniany ogród" tom 5 Merete Lien
50.,,Saga zapomniany ogród" tom 6 Merete Lien
51.,,Poluj, bo upolują ciebie" - Chips Hardy
52.,,Snajper" - Chris Kyle*
53. ,,Najczarniejszy Strach" - Harlan Coben
54. ,,Kordian" - Juliusz Słowacki
55. ,,Przeminęło z wiatrem'' tom 1 Margaret Mitchel
56. ,,Stowarzyszenie Miłośników LIteratury i Placka z Kartoflanych Obierek" - Mary Ann Shaffer i Annie Barrows*
57.,,Przeminęło z wiatrem'' tom 2 Margaret Mitchel
58. ,,1000 dni w Wenecji"- Marlena De Blasi
59. ,,Przeminęło z wiatrem'' tom 3 Margaret Mitchel
60. ,,Dom Luster" Ulysses Moore


  • awatar Zakira Luna: @Quizzz: zupełnie niepotrzebnie :)
  • awatar Quizzz: Zawstydziłaś mnie :P
  • awatar .Eff.: "Gwiazd naszych wina" moja zdecydowanie ulubiona książka! ❤ Przeminęło z wiatrem i Zielona mila także zajmują wysokie pozycje
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Drodzy Pingerowicze!
Pewnie wypadałoby Wam złożyć życzenia prawda? Ale w tej chwili na pingu nie widzę nic innego, nie chcę was więc zanudzać kolejną porcją "Wesołych Świąt", zresztą- to, czego życzyłabym Wam dzisiaj, życzę Wam przez cały rok Uwaga, mam coś lepszego- mój malutki, malusieńki prezent dla Was, czytających mojego bloga- sama nie wiem co to do końca jest, dlatego koniecznie dajcie znać co myślicie... Miłego czytania
_________________________________________________________
– CHOLERA JASNA!– Ostry dźwięk wdarł się nieprzyjemnie prosto do mojego mózgu, wskutek czego wybuchła w nim miniaturowa bomba. Mrużę oczy i krzywię się lekko, jednocześnie próbując usiąść na łóżku… głowa mi pęka, całe ciało ociężałe i spocone, a gardło wysuszone na wiór. Zakrapiana impreza, tuż przed Wigilią to jednak nie był dobry pomysł… dziwne, wczoraj wydawał mi się genialny- z każdym kolejnym kieliszkiem coraz lepszy, ale dzisiaj… o rany. „Zaraz zwymiotuję” – przyłożyłam dłoń do wrażliwego brzucha, i jęknęłam głośno. Odetchnęłam głęboko i wstałam, ale zupełnie nieoczekiwanie pokój zaczął wirować, a mnie zrobiło się ciemno. Po kilku sekundach karuzela zatrzymała się. Dziwna sprawa.
Powoli, noga za nogą doszłam do kuchni i moich nozdrzy natychmiast dotarł odór spalenizny, oczy zaś prawie zaczęły łzawić od nadmiaru dymu.
– Co tu się dzieje? – wychrypiałam, na co moje dwie młodsze siostry zachichotały pod nosem, zaś matka zgromiła je spojrzeniem, którego nie powstydziłaby się sama meduza.
– Makowiec się spalił. Jak zwykle, wszystko na mojej głowie! – Niemal splunęła i podniosła nienawistne oczy na mnie, swoją pierworodną córkę – A ty co? Ubieraj się i bierz do roboty! W ogóle nie ma z ciebie pożytku!
Pewnie normalnie jej słowa lekko by mnie dotknęły czy zdenerwowały, ale teraz jakoś nie bardzo docierały do mojej świadomości, udałam się więc pod prysznic. Szum wody niemalże rozsadzał mi bębenki i głowę, trwało to więc krótko, bez zbędnych ruchów, dopiero pod koniec zdałam sobie sprawę, że nie wzięłam nic do ubrania. Ale kto by się tym przejmował? – Pomyślałam i narzuciłam na siebie cienką koszulkę w której spałam i wynurzyłam się z łazienki, na pozór świeża i gotowa do pracy.
– Co mam robić? – Chociaż widok jedzenia napawał mnie wstrętem, uznałam że postaram się choć trochę pomóc… przecież chciałam gdzieś wyjść na sylwestra no nie? Jedno spojrzenie na Amelię i Olę upewniło mnie że są na etapie przygotowywania jakieś sałatki.
– Weź makrelę i oddziel mięso do sałatki – odparła matka już nieco bardziej przychylnie. Ciekawe czy zdawała sobie sprawę, jak komicznie w tej chwili wyglądała: burza rudych loków zebrana niedbale w coś co pewnie miało być kokiem na środku głowy, prosta domowa sukienka założona na lewą stronę, ozdobiona kilkoma plamami i przekrzywione okulary. Taka właśnie jest Katarzyna Starska, chociaż na co dzień stara się nieco ujarzmić własne oblicze… wyjęłam z lodówki całą rybę, z której usunięto jedynie wnętrzności i zabrałam się do filetowania, Amelia, młodsza ode mnie o dwa lata uśmiechnęła się ukazując zielony aparat, po czym wróciła do krojenia jajek, zaś Jedenastoletnia Ola od tygodnia była na mnie śmiertelnie obrażona, ponieważ nie przyszłam na jej szkolne przedstawienie, pochyliła się więc bardziej nad ogórkami które obierała i nie zaszczyciła mnie ani jednym spojrzeniem.
Praca szła mi dość opornie, ponieważ po pierwsze, nie lubię robić nic, co wiąże się z dotykaniem mięsa, niezależnie od tego z jakiego zwierzęcia pochodzi, po drugie, chyba nic nie wydziela intensywniejszego zapachu niż właśnie ryba… ble! Kiedy z makreli został już prawie tylko chudy kręgosłup skrzywiłam się lekko i nerwowo przełknęłam ślinę.
– Melania – zaczepiła mnie jedna z sióstr - Biedna rybka. Został jej tylko kręgosłup – powiedziała cicho Amelia, a w jej oczach zagrały zawadiackie ogniki.
– gwarantuję ci że bardziej ucierpiał MÓJ kręgosłup…moralny – odszeptałam i roześmiałam się lekko z własnej inwencji.
Wszystko poszło dosyć szybko i niecałe dwie godziny później większość jedzenia byłą już gotowa: karp leżał na blacie, czekając tylko na usmażenie, sałatki były gotowe do zapakowania, nie udało się jednak uratować makowca… ale to było do przeżycia. Bardzo z siebie zadowolona odeszłam od stołu, umyłam ręce i przeszłam do salonu, układając się na sofie, moje dwie siostry rozeszły się do swoich pokojów. Słyszałam, że mama coś do mnie mówi, ale kompletnie nie docierały do mnie jej słowa. Przymknęłam ciężkie powieki…
– CHOLERA JASNA! – Tak się przestraszyłam, że spadłam z kanapy. Co to, jakaś nowa tradycja? Może niedługo zacznie mnie tak budzić do szkoły. Ech! Wstałam i szybko poszłam do kuchni, gotowa powiedzieć matce co o tym wszystkim myślę, ale kiedy już otwierałam usta….
– Ups. – wykrztusiłam tylko, podczas gdy moja rodzicielka przepędzała kota z kuchennego blatu starą ścierką. Kiedy zwierzę zwiało na piętro, spojrzała na mnie, ja zaśnie mogłam powstrzymać śmiechu- wyglądała jeszcze śmieszniej niż rano, połowę włosów miała wyprostowanych a połowę nie, na jednym oku pyszniła się czarna kreska, zaś drugie oko , jeszcze niemalowane, wydawało się przez to śmiesznie małe.
– Czego się cieszysz? – zgromiła mnie – Zostaliśmy przez tą bestię bez karpia na święta! Co sobie o nas rodzina pomyśli?! Przecież cię prosiłam, prosiłam żebyś go pilnowała!
– Wcale nie, ja…. – urwałam nagle. Pewnie właśnie to mówiła, kiedy jej nie słuchałam… ale kabała!
Nagle drzwi domu otworzyły się i stanął w nich tata, dzierżąc w dłoniach czubek na choinkę. Miał na sobie tylko polar i adidasy, ta zima była naprawdę ciepła, w tej chwili temperatura wynosiła dziesięć stopni, nie było też ani grama śniegu… Uff, zostałam uratowana!
– Zdobyłem! – Powiedział bardzo z siebie dumny i natychmiast założył kiczowatą, srebrną gwiazdę na sam czubek choinki, był tak rozemocjonowany, że nawet nie zauważył rozzłoszczenia mamy, ani tego że zostawił otwarte drzwi, przez które wpadła nasza suczka w typie labradora, Saba, i natychmiast zaczęła się rozglądać za czymś do jedzenia. „ Niestety moja droga, Gutek był szybszy”- bałam się wypowiedzieć na głos tę moją małą dygresję…
– Nakarm ją – burknęła mama, ale już nieco łagodniej – I może zacznij się ubierać, za godzinę wyjeżdżamy – po tych słowach poszła z powrotem na górę a ja zbaraniałam. Co? Już za godzinę??? Szybko nasypałam Sabie chrupek do jej ogromnej miski i pognałam do swojego pokoju, po czym wcisnęłam się w jedyną sukienkę jaką mogłam znaleźć w tym bałaganie- niebieską, z krótkim rękawem, sięgającą mi do połowy uda… nada się. Porzuciłam kozaki i założyłam czarne, odkryte szpilki, zaś z makijażu zrezygnowałam całkiem- pociągnęłam tylko usta błyszczykiem i przygryzłam je, by stały się bardziej czerwone. Zeszłam na dół, bardzo z siebie zadowolona, okazało się nawet, że do wyjazdu mamy jeszcze całe pół godziny… brawo ja. Przysiadłam na fotelu w salonie, Saba natychmiast do mnie podbiegła, dzierżąc w pysku ulubioną żółtą piłeczkę- uśmiechnęłam się lekko i wzięłam ją z jej pyska, po czym rzuciłam, nie bardzo patrząc gdzie. W chwili w której zabawka opuściła moją dłoń, usłyszałam zdławiony krzyk ojca.
Wszystko rozegrało się jakby w zwolnionym tempie: Saba pobiegła w głąb pokoju i podskoczyła… prosto na choinkę, przewracając niebyt okazałe drzewko całym swoim ciężarem, po czym wyciągnęła piłkę i zachwycona zamieszaniem jakie spowodowała zamerdała wesoło ogonem.
– Kurde! – Złapałam się obiema rękami za głowę i spojrzałam nerwowo na ojca, równie przerażonego jak ja. Matka mnie zabija! To była moja pierwsza myśl – Gorzej być nie może! – w tej chwili usłyszeliśmy stukot obcasów na drewnianych schodach…
– Co to za hałas? – głos rodzicielki przyprawił mnie o gęsią skórkę.
– Wręcz przeciwnie… – odpowiedział mi cicho ojciec i przeczesał dłonią włosy, w odróżnieniu ode mnie gotowy na wszystko…


  • awatar SallyLou: Fajna historia. Bardzo prawdziwa :) Zwłaszcza ten kot i karp. Przypomniała mi się podobna sytuacja kiedy zostawiłam rybę w kuchni na wierzchu i zapomniałam o niej. Do dziś nie mogę pojąc jak moja mała kocica zjadła filet niemal dwa razy większy od niej :D Prezent cudowny, ale mam nadzieję, że niedługo pojawi się kolejny w postaci następnego rozdziału "Syndromu Sztokholmskiego"
  • awatar Lisa Angels: Nie ma to jak święta! XD Zawsze coś musi się wydarzyć :D Mi się podoba, tylko końcówka, taka nie skończona, jakby za chwile miała być druga część XD. Uwielbiam takie prezenty :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 


A wy, co ostatnio ciekawego przeczytaliście?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (19) ›
 

 
Rozdział 18
Czekała i czekała, uparcie chodząc po niewielkiej przestrzeni, niczym rozjuszony tygrys w za małej klatce. Jednocześnie chciała by znowu do niej przyszedł, odzywało się w niej bowiem pierwotne pragnienie kontaktu z innymi, jeszcze chwila i zacznie gadać do siebie... ale z drugiej strony on żądał od niej odpowiedzi, której w żaden sposób nie mogła mu przekazać. Kiedy tak chodziła i chodziła, on w końcu się zjawił- lekkim krokiem wszedł do pomieszczenia i oparł się o drzwi, niedbale chowając ręce do kieszeni. Co dziwne, nie odzywał się. Śledził każdy jej ruch, ale nie wydobył z siebie ani jednego dźwięku. W końcu usiadła na pryczy i również zaczęła mu się przyglądać. To było gorsze niż siedzenie w samotności-uznała po dobrej chwili.
– Uprzedzając twoje pytanie... – Zaczęła chcąc przerwać nieprzyjemną ciszę – Nic sobie nie przypomniałam. – jej głos zabrzmiał arogancko i złośliwie, nie do końca tak, jak to sobie życzyła, ale przecież nie będzie go za przepraszać.
– Tak myślałem. – Odparł, a ona uniosła lekko brwi. – Dlaczego jesteś taka uparta? – Zapytał, wyciągając dłonie z kieszeni i lekko zbijając ją z tropu.
– Nie jestem uparta.. – Zaczęła się bronić – Po prostu nie wiem. – Pokręcił głową i wypuścił głośno powietrze.
– Wiesz ile razy to słyszałem? – Zaczął – Wiesz ile ludzi w tym pokoju to mówiło i ile z nich...
– Ile z nich zabiłeś? – Przerwała mu gwałtownie, odważnie patrząc w oczy. – To chciałeś powiedzieć? – Kątem oka ujrzała jak zaciska dłonie w pięści. Po chwili zbliżył się do niej, pochylił i zajrzał prosto w oczy, miała wrażenie że tym spojrzeniem lada moment spali jej duszę.
– Chcesz być następna? – Słowa, choć groźne, miały zupełnie inny wydźwięk: zawierały w sobie niemą prośbę. – Naprawdę tego chcesz?- W odpowiedzi pokręciła poważnie głową, pod spojrzeniem jego badawczych oczu nie była w stanie wyartykułować odpowiedzi.
– Niech cię szlag... – Powiedział cicho i nagle jego usta spoczęły na jej spękanych wargach. Całował ją mocno i wytrwale, pozbawiając tchu, na ułamek sekundy odsunął się, z jego gardła wydał się gardłowy pomruk, jedną rękę wplótł jej we włosy i znowu jego usta opadły na jej, niemalże je miażdżąc. Angeline, nie kontrolując samej siebie, objęła go mocno za szyję i przyciągnęła jeszcze bliżej, ich języki tańczyły wokół siebie, kiedy zaczęła odpowiadać na jego pocałunek z równą żarliwością. Nagle gwałtownie się od niej odsunął, oddech miał urywany, usta wciąż pamiętały smak jej warg...przez chwilę patrzyli na siebie, obydwoje zszokowani tym co się właśnie stało. Angeline podniosła dłoń do ust i przejechała nią po opuchniętych wargach- Niemalże w odruchu znów się ku niej pochylił, chcąc jeszcze raz jej posmakować...Co ty robisz, chłopie...-Doznał nagłego otrzeźwienia i poczuł że natychmiast musi zwiększyć dystans między nim, a dziewczyną, nie dla jej bezpieczeństwa...ale dla jego. Gwałtownie podniósł się i jeszcze szybciej wyszedł z celi- na korytarzu zatrzymał się i potarł dłonią czoło, starając się uspokoić targające nim emocje. Co to było o cholery?!- Z wściekłości zaczął raz za razem uderzać w pobliską ścianę, aż tynk się z niej sypał, a na jego kostkach pojawiły się czerwone ślady- wtedy przestał, ale uczucie duszenia nie opuściło go, uznał, że natychmiast musi się przewietrzyć, wbiegł więc na górę, a potem prosto w październikowy, dżdżysty dzień. Uniósł twarz ku niebu i głęboko wciągnął powietrze- ale kiedy tylko przypomniał sobie ten pocałunek...wszystko w nim wrzało, pragnął całować ją jeszcze i jeszcze, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że to niemożliwe. Ona była dla niego niedostępna, podobnie jak on dla niej. Była jego zakładniczką. Zakładniczką. Zakładniczką.- Powtarzał w głowie, ale to słowo nagle straciło całe znaczenie. Angeline była ucieleśnieniem jego marzeń, nawiedzała go we dnie i w nocy...na karku wciąż czuł czuły dotyk jej dłoni, usta miał przesycone jej zapachem i smakiem...wiedział że nigdy tego nie zapomni. Ona zniknie jak tylko dowie się od niej czego chce...i jego życie znów wróci do normy. Przeklinał ją. I siebie. Ją, bo kiedy niemal się na nią rzucił powinna dać mu w twarz, ale nie zrobiła tego...siebie, za to że pozwolił sobie na taką niesubordynację. Nagle poczuł, że coś mu wibruje w kieszeni, wyciągnął telefon i odebrał, nawet nie sprawdziwszy z kim ma do czynienia.
– Słucham? – Głos wciąż miał zachrypnięty.
– Creig.- Natychmiast rozpoznał głos Josepha Saragino i zmarszczył czoło. – Przyjedź do mnie, jeszcze dzisiaj.
– Będę za pół godziny. – I rozłączył się, nawet nie czekając na odpowiedź, za bardzo cieszył się, że może się czymś zająć, wrócił do biura, narzucił skórzaną kurtkę i trzy minuty później był już w samochodzie: odpalił radio najgłośniej jak się dało, miał nadzieję, że zdoła ona choć trochę zagłuszyć dręczące go myśli.
Dziesięć minut później minął fort Hamilton i skierował się na most, po czym ruszył drogą numer dwieście siedemdziesiąt osiem . Kilka minut potem skręcił w lewo, w czterysta czterdzieści i jechał cały czas prosto, aż do samego Charleston- zajechał przed wielką willę Josepha równo o 13. Wysiadł z samochodu, wyminął kilku ochroniarzy przy drzwiach i ruszył do gabinetu bossa udając, że nie widzi tego całego przepychu wokół siebie. Zapukał i natychmiast wszedł, zupełnie nie zdziwiło go to co zobaczył: Szef właśnie wciągał ścieżkę jakiegoś narkotyku, na jego widok dokończył w pośpiechu i uśmiechnął się szeroko, ukazując klika złotych zębów.
Joseph Saragino był niskim, otyłym mężczyzną dobiegającym pięćdziesiątki, zajmował się głównie kradzieżami, handlem żywym towarem i haraczami- nie miał żadnych uczuć, liczyły się dlań jedynie pieniądze i władza, Creig przypomniał sobie historię zasłyszaną o jego żonie: Ponoć kiedy oświadczyła mu że chce rozwodu, kazał swoim sługusom utopić ją w rzece...nie wiedział ile jest w tym prawdy, ale kiedy na niego patrzył był w stanie uwierzyć. Kiedy Joseph zajął miejsce za swoim dużym biurkiem, Creig mógł dostrzec czarne, przerzedzone włosy, zupełnie nie pasujące do cienkiego wąsika z którym się obnosił.
– Usiądź synu... – Wzdrygnął się słysząc to określenie, ale posłusznie zajął miejsce na niewielkim krześle.
– Dowiedziałeś się już czegoś? – Od razu przeszedł do rzeczy, a Creig zaklął w duchu.
– Wysłałem Robby'ego z raportem. – Próbował grać na zwłokę. Stary zapalił długie cygaro i spojrzał na niego dziwnie.
– Był u mnie. – Powiedział głęboko się zaciągając. – Ale sądziłem, że od ciebie dowiem się czegoś więcej.
– Dziewczyna jest uparta... – Powiedział siląc się na nonszalancję. – Ale to tylko kwestia czasu, kiedy zacznie mówić. – Joseph lekko pokręcił głową.
– Akurat czasu nie mamy zbyt wiele...daję ci go do piątku. Potem poszukamy informacji gdzie indziej. – Creig poczuł że robi mu się zimno.
– A co później z dziewczyną? – Ledwie powstrzymał złość, a stary uśmiechnął się obrzydliwie.
– O to się nie martw...być może sam się nią zajmę, słyszałem od Robby'ego, że jest całkiem niezła. – Zaśmiał się gardłowo, a Creiga objęła zimna furia, kiedy wyobraził sobie jak ten stary zbok dotyka jego Angeline... nie dał jednak tego po sobie poznać, wiedział, że tym samym podpisałby wyrok na siebie.
- Robby przesadza, dziewczyna jest całkiem przeciętna.- Powiedział zamiast tego, kłamiąc jak z nut. Była piękna. Oszałamiająco piękna. - Jak wiemy, Robby jest całkowicie pozbawiony dobrego smaku...- Zdecydował się na lekką kpinę, i okazało się to dobrym posunięciem, stary bowiem znowu się zaśmiał.
– To prawda, synu... – Creig cudem powstrzymał się od wzdrygnięcia. Nienawidził kiedy tak do niego mówił.
Stary wstał i Creig z ulgą wypuścił powietrze: To oznaczało koniec wizyty. Sam również wstał i podał Josephowi rękę.
– Informuj mnie na bieżąco. – Ten tylko skinął głową i wyszedł, przy wyjściu mijając się z jakimiś prostytutkami, czym prędzej wsiadł do samochodu, zdjęty obrzydzeniem. Podróż powrotna zajęła mu niemal całą godzinę, jechał znacznie wolniej, starając się też stosować do obowiązujących przepisów. Zatrzymał się przed biurem. Mam czas do piątku...- pomyślał. Zdawał sobie sprawę, że jeżeli wcześniej wydobycie z niej jakichkolwiek informacji było trudne, teraz stało się niemal cudem- choć zupełnie tego nie planował, zaangażował się uczuciowo. A gdyby tak...-Przyszedł mu do głowy szalony plan i niemal natychmiast go odegnał, ale było już za późno. Ziarno zostało zasiane.
  • awatar SallyLou: O czy mi się wydaje, czy Creig ma odwrócony syndrom sztokholmski? Miłość oprawcy do ofiary? :D Ten Joseph mnie przeraża. Myślałam, że najbardziej nie będę lubiła Robbiego, ale gość w jednej chwili zniszczył wszelkie próby polubienia go. Niech lepiej Creig trzyma go z dala od swojego aniołka.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
– Angeline! – Obudził się, gwałtownie siadając na łóżku, ściskając w dłoniach pusty koc. Przełknął głośno ślinę i potarł dłonią czoło. Co się z nim działo? Wstał i wyszedł z sypialni z zamiarem udania się do kuchni, ale kiedy pod drzwiami swojej siostry zobaczył palące się światło, coś go zatrzymało. Delikatnie nacisnął klamkę i wszedł, Sonia nawet się nie odwróciła. Siedziała na parapecie, obejmując kolana ramionami i wypatrując czegoś w ciemności. Delikatnie zamknął za sobą drzwi i podszedł do niej, po czym, wiedziony odruchem, delikatnie pogłaskał po głowie. Obróciła ku niemu załzawione oczy, a wtedy on otworzył ramiona w zapraszającym geście. Natychmiast zarzuciła mu ręce na szyję i po chwili zniknęła w jego braterskim, niedźwiedzim uścisku. Po chwili puścił ją i kciukiem otarł jej z policzka zbłąkaną łzę.
– Przepraszam że cię okłamałam... – Powiedziała cicho, ale wiedział że tym razem robi to szczerze.
– Przepraszam za to co powiedziałem. – Zrewanżował się, po raz pierwszy naprawdę skruszony. – Wcale tak nie uważam... – spojrzał na nią, chcąc ocenić czy mu wierzy czy nie. Jej twarz rozjaśniła się w uśmiechu.
– Wiem. – On również się uśmiechnął. – Stewart jest naprawdę w porządku... – Teatralnie przewrócił oczami a ona znów się roześmiała. – Chociaż postaraj się go poznać... –Powiedziała z nutą błagania w głosie.
– Postaram się... – Powiedział lekko drwiącym tonem, a ona pokręciła głową w rozbawieniu.- Czemu jeszcze nie śpisz?
– Matka do mnie dzwoniła. – Odparła zwięźle. To tłumaczyło wszystko. Creig natychmiast się nachmurzył.
– Czego chciała? – Zapytał ostrzej niż zamierzał.
– Dowiedzieć się co u mnie słychać...powiedziałam jej o wyjeździe. – Akurat wątpił, że ich matką kierowała prawdziwa troska, na pewno miała w tym jakiś interes...ale nie mówił tego na głos, nie chciał dodatkowo ranić swojej siostry.
– I jak zareagowała? – Zapytał zamiast tego, udając że go to interesuje.
– Właśnie dlatego nie mogę spać... – Sonia spuściła wzrok – Powiedziała mi, że powinnam zostać tutaj i skupić się na studiach, jeżeli nie chcę spędzić reszty życia jako twój ciężar... – Miał ochotę odgryźć sobie język. Najpierw jego matka powiedziała jej coś takiego, a potem on sam ją w tym utwierdził!
– Sonia. – Powiedział krótko. – Spójrz na mnie. – Nieśmiało podniosła wzrok. – Nigdy nie byłaś, ani nie będziesz dla mnie ciężarem. Dzięki tobie ten dom jako tako wygląda, i to dzięki tobie żywię się czymś innym niż chińszczyzną...Może dlatego tak nie lubię twoich chłopaków – Powiedział chcąc nieco rozluźnić atmosferę- Bo jest ryzyko, że będziesz chciała za któregoś wyjść i co ja wtedy zrobię?- Uśmiechnął się zawadiacko, a Sonia parsknęła śmiechem. Znowu pogłaskał ją po głowie
– Będziesz musiał znaleźć kogoś na moje miejsce... – Odparła zmyślnie, a jemu natychmiast przypomniał się sen, który go obudził, oczy zaszły mu mgłą, znów miał przed nimi ciemnowłosego anioła...
– Creig?
– Hm? – Otrząsnął się. – Przepraszam, jestem już śpiący. – Sonia uśmiechnęła się i zdjęła ze swojego szlafroka wyimaginowany paproszek.
– Powiesz mi, czemu miałeś na sobie dres? – Spojrzał jej w oczy i już wiedział, że w tym jednym przypadku nie będzie w stanie jej okłamać. Wzruszył więc ramionami i rzekł.
– Chciałem pobiegać...więc przebrałem się już w biurze, żeby nie tracić czasu w domu. – Jego siostra pokiwała głową i delikatnie zeskoczyła z parapetu, z jej ust wydobyło się głośne ziewnięcie.
– Chyba już się położę... – Powiedziała, a on zrozumiał aluzję i wyszedł, pocałowawszy ją uprzednio w czoło. Kiedy wrócił do siebie nie czuł się już taki przybity, był bardziej w zgodzie z samym sobą, wyrzuty sumienia przestały go trawić...położył się więc spać, jednocześnie mając cichą nadzieję na ponowne spotkanie z ciemnowłosym aniołem.
Usiadła i delikatnie potarła dłonią sztywny, zbolały kark, z jej gardła wydobył się cichy jęk. Czuła się jak nowonarodzona, w pełnym znaczeniu tego słowa: chciało jej się jedynie płakać, jeść i spać...Siedziała tak przez kilka minut, po czym wstała i wyciągnęła dłonie wysoko do góry, jednocześnie stając na palcach-chciała w ten sposób trochę rozciągnąć swoje zbolałe członki. W jej uszach raz za razem pobrzmiewało charakterystyczne pykanie kości i chrząstek, kiedy czuła się już nieco lepiej, usiadła z powrotem na pryczy i zaczęła dłońmi przeczesywać swoje długie, gęste, ale w tej chwili tłuste i poplątane, włosy. Tak wyglądała jej poranna toaleta...na nic innego nie mogła sobie pozwolić. Najbardziej doskwierał jej żołądek- jeżeli bazować na jej biologicznym rytmie, ostatni posiłek miała w ustach mniej więcej dwadzieścia cztery godziny temu, i był to jedynie nieduży hot-dog była więc głodna jak wilk.. Nie wspominając już nawet o tym, że język przyklejał się jej do podniebienia...Może dzisiaj dostanie coś więcej. Modliła się, żeby tak było...do tej pory nie zdawała sobie sprawy jak bardzo dokuczliwy potrafi być głód. Kiedy już wróci do domu, nigdy więcej nie wyrzuci jedzenia na śmietnik...Jeśli wrócę- Przeszło jej przez głowę, ale natychmiast odgoniła tę myśl.
Drzwi do celi otworzyły się i stanął w nich jej oprawca i ochroniarz jednocześnie...tym razem był ubrany w jasne jeansy i ciemnowiśniową koszulę, uwydatniającą ładne mięśnie obojczyka, zauważyła również że się ogolił-mimo wszystko wydawał jej się bardziej męski z kilkudniowym zarostem. Wszedł bez słowa, dzierżąc w dłoniach duże, białe pudełko-takie pudełko już kiedyś widziała- ostatnio nim pogardziła, teraz tylko czekała na sygnał do jedzenia.
– Będziesz dzisiaj jadła? – Zapytał bez cienia sympatii w głosie, a ona entuzjastycznie pokiwała głową. Przez chwilę zmarszczył brwi, na jego twarzy pojawiło się zdziwienie, ale już po chwili postawił przed nią parujący posiłek. Kiedy tylko podał jej sztućce, zaczęła niemal połykać kawałki mięsa, od czasu do czasu maczając je w sosie lub zajadając ryżem. Przyglądał się jej, wciąż lekko zdziwiony, a ona już po kilku minutach skończyła posiłek i oblizała wargi opierając się o ścianę, dłonie zaś oparła na wreszcie wypełnionym brzuchu.
– Widzę że zmieniłaś zdanie co do jedzenia... – Powiedział kpiarskim tonem, a ona się zaczerwieniła. Spróbuj przeżyć dzień tylko na hot-dogu to porozmawiamy... – Nie ośmieliła się powiedzieć tego na głos.
–Czy zmieniłaś je też w kwestii swoich zeznań? – Znowu spoważniał, a ona nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Cholera jasna, przecież ja nic nie wiem! – Chciała wykrzyczeć, ale powstrzymała się i tylko pokręciła głową patrząc na niego błagalnie. On zaś wzruszył ramionami i bez słowa zaczął otwierać drzwi.
– Czemu mnie chronisz? – Wypaliła nagle, chcąc zatrzymać go jak najdłużej, tylko w ten sposób mogła coś wynegocjować. Obrócił głowę i spojrzał na nią jakby postradała zmysły.
– Chronię? – Powtórzył, wyraźnie czekając na wyjaśnienia.
– Dwa razy obroniłeś mnie przed uderzeniem tego z długimi włosami...a potem przed gwałtem tych łysych. – Wzdrygnęła się, przypominając sobie to okropne wydarzenie, mężczyzna zdawał się jednak tego nie zauważać, zmarszczył brwi, jakby intensywnie się nad czymś zastanawiał.
– Nikt nie ma prawa dotykać tego co należy do mnie. – Obrócił się do niej całkiem, opierając się plecami o ścianę. Dopiero teraz dostrzegła fioletowe sińce pod jego oczami, najwyraźniej tej nocy nie spał najlepiej... – A ty jesteś moją zakładniczką. – Trochę nie spodobał się jej fakt, że potraktował ją jak rzecz...ale jeżeli to miało jej zapewnić ochronę przed tamtymi, niech i tak będzie.
– Wypuść mnie. – Powiedziała błagalnie, a on pokręcił głową.
– Powiedz mi prawdę. – Przymknęła oczy i wypuściła głośno powietrze. To do niczego nie prowadzi, nigdy się stąd nie wyrwie.
– Prawda jest tylko jedna: ja nic nie wiem. – Powiedziała, w jej głosie pobrzmiewała teraz nuta rozpaczy. - Więc albo mnie zabij, albo wypuść...- Jej głos nagle nabrał mocy, zawarta w nim desperacja była wręcz namacalna...
– Ostatnio często o tym wspominasz... – Zauważył złośliwie. – Nie wywołuj wilka z lasu... –Przestrzegł ją teatralnie, na co lekko się skrzywiła, i znowu zaczął zabierać się do wyjścia.- Wrócę za godzinę, by sprawdzić czy coś co się przypadkiem nie przypomniało...-I po kilku sekundach znów była sama.
 

 

Creig w tym czasie wrócił na górę zrezygnowany...Ile ona jeszcze zamierza go tak zwodzić? Wiedział że w końcu się ugnie, nie wiedział tylko kiedy...zerknął na zegarek, było dobrze po dziewiętnastej, w sumie mógłby już jechać do domu. Ale energia wprost go rozsadzała...siłownia? Nie, o tej porze będzie pełno ludzi. Nagle go olśniło, niemal wyskoczył z biura i wyjął z bagażnika torbę ze swoim sportowym ekwipunkiem, po czym wrócił z powrotem do budynku i przebrał się w jednej z toalet- stąd do domu miał kilka kilometrów, w ten sposób mógłby w końcu się rozładować...tylko jak jutro tu dotrze? I co będzie z samochodem? Z westchnieniem wrócił z powrotem do samochodu ale już się nie przebierał: Postanowił że najpierw odstawi auto do domu, a potem pójdzie się wybiegać...tak, to dobry plan. Zamknął biuro, zanim to zrobił przyszło mu do głowy że Angeline na pewno jest głodna...dzisiaj dostała jedynie hot-doga z rana...Co mnie obchodzą jej potrzeby...-Przyszło mu zaraz do głowy, gdyby powiedziała mu to czego chce się od niej dowiedzieć, być może byłaby już wolna. Szybko dojechał do domu i postawił samochód na podjeździe, w międzyczasie uznał, że wskoczy jeszcze do domu po butelkę wody, jego siostra miała być dopiero o dwudziestej...Przekroczył próg mieszkania i zacisnął zęby na widok tego, co zobaczył. Jego siostra Sonia, najprawdopodobniej właśnie żegnała się z tym pajacem, z którym była w McDonaldzie, namiętnie go całując. Zacisnął dłonie w pięści, użył całej swojej samokontroli by siłą ich od siebie nie oderwać a potem obydwoje wywalić na bruk. Kiedy wreszcie się od siebie oderwali, na jej ustach igrał rozmarzony, lekki uśmiech, przechyliła się lekko w ramionach swego ukochanego i jej wzrok spoczął na Creigu. Przez sekundę na jej twarzy pojawił się wyraz szoku pomieszanego z przerażeniem, zaraz jednak opanowała się, wyplątała z objęć chłopaka i spojrzała na brata dziwnie.
– Czemu masz na sobie dresy? – Zapytała a on zaklął w duchu. Po tym jak go okłamała ma jeszcze czelność zadawać mu pytania i patrzeć na niego takim wzrokiem.
– Co to za jeden? – Zapytał przygważdżając spojrzeniem wątłego chłopaka, który natychmiast zrobił się czerwony jak burak.
– Ach, to jest mój...przyjaciel. – Odpowiedziała lekko zakłopotana, ale uśmiech igrał jej na wargach. Obróciła się do tamtego.
– Stewart, poznaj... – Zaczęła, ale Creig natychmiast jej przerwał.
– Gdzieś już was widziałem... – Powiedział udając że się zastanawia, jednocześnie przyglądając się Soni z wyrzutem. – Ach tak, już pamiętam. W McDonaldzie. Masz bardzo dziwne koleżanki.- Dokończył sucho, a ona stanęła jak wryta.
– Jestem Stewart, miło mi cię poznać. – Chłopak próbował ratować całą sytuację i wyciągnął do Creiga rękę w geście powitania. Ten nie zareagował, przyglądając mu się zimno, aż w końcu chłopak sam zabrał dłoń.
– Sonia wiele mi o tobie opowiadała – Wciąż próbował, poprawiając okulary na nosie.
– Tak? – Znowu wbił spojrzenie w swoją siostrę, a ona spuściła głowę. – Szkoda że nie mogę powiedzieć tego samego. – Dodał i ruszył do kuchni. Sonia zaś w końcu odzyskała rezon.
– Dlaczego ty taki jesteś? – Oskarżała go, ale nie słuchał, wziął butelkę z wodą i wyminął ją bez słowa.
– Stój! – Krzyknęła, a ona na chwilę rzeczywiście się zatrzymał.
– O co ci chodzi? – Zapytała trochę łagodniejszym tonem.
– Nie mam ochoty teraz się z tobą kłócić, zwłaszcza przy tym... – Zatrzymał się mierząc obcego surowym spojrzeniem od stóp do głów. – Chłystku. – Dokończył, choć na usta cisnęły mu się dużo mocniejsze słowa i wyszedł, odprowadzany wściekłym wzrokiem swojej siostry i obelgami, jakie zaczęła rzucać pod jego adresem.
Natychmiast zaczął biec, szybko i intensywnie, nie troszcząc się o żadną rozgrzewkę czy rozciąganie- nie dbał w tej chwili ani o ewentualne kontuzje, ani o własne zdrowie. Biegł i biegł, raz po raz pociągając z butelki spore łyki, napędzany dziwną energią którą chciał spalić. Czterdzieści później znowu znalazł się na podjeździe, jego płuca niemal bolały, zdawało mu się, że zaraz je wypluje- i o to chodziło. Nie miał jeszcze ochoty wchodzić do domu, gdzie prawdopodobnie czekała go kolejna konfrontacja z Sonią, więc wyjął z samochodu paczkę papierosów i zapalniczkę i usiadł na schodku przy wejściu, było już ciemno, ulice oświetlały tylko latarnie i światła w domach, odczekał aż oddech całkiem mu się unormuje, po czym wyciągnął papierosa i głęboko się zaciągnął, po kilku sekundach wypuszczając z ust kłęby dymu.
Wypalił jednego papierosa, potem kolejnego, przy trzecim usłyszał odgłos otwieranych drzwi, odwrócił się i ujrzał swoją siostrę, otulającą się ciasno długim, rozpinanym swetrem. I nie zrobił tego co zwykle robił w takich sytuacjach: Nie zgasił papierosa, wręcz przeciwnie, palił go cały czas, jakby w ten sposób chciał jej coś udowodnić...Wyszła, zamknęła za sobą drzwi i usiadła obok niego na schodach.
– Znowu palisz? – Zapytała przerywając milczenie, kiedyś już go przyłapała, powiedział jej wtedy że to ostatni raz. Nie odpowiedział, tylko znowu głęboko się zaciągnął.
– Przepraszam że cię okłamałam...naprawdę. – Zaczęła cicho, patrząc na niego swoimi wielkimi oczyma, szukając w nich zrozumienia i litości. Ale on już wyczerpał te zasoby. Strząsnął nadmiar wypalonego tytoniu i odpowiedział, nawet na nią nie patrząc.
– Tak mi się odpłacasz? – Zapytał zimno, a ona po raz kolejny tego wieczoru, zamarła.
– Co? – Zapytała choć doskonale rozumiała co ma na myśli. Wciąż na nią nie patrzył.
– Utrzymuję cię, mieszkasz w moim domu... – Nigdy jej tego nie powiedział, ale teraz kierowało nim wyłącznie cierpienie: Czuł się zraniony, chciał by ona również to czuła... – Płacę za twoje studia...A ty śmiesz mnie okłamywać? – Jego słowa cięły jak noże, ale już nie mógł ich cofnąć. I nie chciał.
– Jesteś podły! – Powiedziała przez łzy, które zaczęły płynąć jej po policzkach – Jak możesz mówić mi coś takiego ty...
– A jak ty możesz mnie tak okłamywać? – Ryknął na nią, zupełnie ignorując fakt, że przecież znajdują się praktycznie na ulicy.
– A myślisz że dlaczego to zrobiłam? Właśnie dlatego ty tępy ośle! –Znowu na niego krzyczała, nie mógł tego znieść, więc wstał i spojrzał na nią z góry.
– Nie muszę tego słuchać. Myślałem że jesteś dojrzalsza, ale ty wciąż jesteś małą gówniarą! – Niemalże splunął, wszedł do domu i mocno zatrzasnął za sobą drzwi, nawet nie zerkając czy siostra idzie za nią, po czym od razu wskoczył pod prysznic. I po co było całe te bieganie?- Myślał stojąc pod strumieniem gorącej wody, po czym owinął się ręcznikiem i ruszył na górę do swojej sypialni. Nawet nie sprawdził, czy jego siostra weszła już do domu. Ubrany jedynie w bokserki położył się do łóżka, ale zanim zasnął, długo przekręcał się z boku na bok, nie mogąc wyrzucić z głowy dręczących go myśli...
Śnił. Znajdował się w dużej, przestronnej sypialni, jasne podłogi, ciemne ściany i ogromne łóżko, nakryte czerwoną kapą. Nie wiedział co tu robi, ani dlaczego się tu znalazł...usiadł na łóżku, a wtedy drzwi do pokoju otworzyły się i stanął w nich istny anioł. Dziewczyna miała na sobie długą, białą koszulę nocno, która eksponowała szczupłe ramiona i ładny dekolt, włosy okalały jej twarz niczym ciemny welon. Gdzieś już widział tę twarz...nieznajoma pochyliła się nad nim i delikatnie popchnęła na łóżko. Odruchowo wyciągnął do niej ręce, wtedy ona zbliżyła się lekko...
– Angeline... – szeptał, ale kiedy chciał wziąć ją w ramiona, nagle rozpłynęła się w powietrzu...
 

 
Rozdział 15
***
Zmarszczyła brwi i przyjrzała mu się dziwnie: był jakiś przybity, smutny...kierowana w większej części ciekawością wzięła w ręce sporą, czarną reklamówkę. Czyżby przywiózł jej ubranie?
– Za pół godziny przyjdę cię przesłuchać. – I wyszedł, zostawiwszy ją samą. Wstała z pryczy i wysypała na nią zawartość pakunku - wciągnęła głośno powietrze i chwyciła rzeczy w obie ręce, nie wierząc w to co widzi: Czarne spodnie, biały sweter i...bielizna? Zaczerwieniła się, wyobrażając sobie jak jeden ze zbirów Creiga kupuje jej stanik i majtki...albo co gorsza on sam! Nie chciała się nad tym dłużej zastanawiać, odłożyła spodnie i sweter na łóżko i zaczęła zakładać bieliznę: Z szokiem, pomieszanym z zadowoleniem, stwierdziła, że zarówno figi, jak i biustonosz wykończony śliczną białą tasiemką pasują idealnie. Sięgnęła po spodnie, pewna że i one, za sprawą jakieś diabelskiej sztuczki będą dobre, ale tym razem się zawiodła: Sięgały jej ledwie przed kostki, w pasie zaś były lekko za luźne, lecz nie na tyle, by miały z niej spadać...Chwyciła gruby, biały sweter z wełny i przełożyła go przez głowę: po jej ciele niemal natychmiast zaczęło rozchodzić się przyjemne ciepło...był trochę za duży i drapał ją w skórę, ale zupełnie się tym nie przejmowała- podwinęła jedynie rękawy. Pochyliła głowę i zaciągnęła się przyjemnym aromatem materiału, pachniał nowością i jakby...pomarańczą? Dopiero mając na sobie czyste ubrania zdała sobie sprawę jaka jest brudna: Skórę miała spoconą, głowa swędziała ją, kiedy przejechała językiem po zębach wyczuła nieprzyjemny nalot...potrzebowała prysznica. Rozpaczliwie. Zastanawiała się nad tym, kiedy usłyszała odgłos otwieranego zamka, serce zaczęło jej bić jak oszalałe, bała się, że to znowu tamci dwaj obrzydliwcy którzy próbowali ją zgwałcić...niemalże odetchnęła z ulgą kiedy ujrzała w drzwiach dobrze znaną twarz. Mężczyzna który przyniósł jej ubrania wszedł do celi i zaczął jej się dokładnie przyglądać, nie wydawał się już taki zmartwiony, z jego twarzy zniknął tamten smutny wyraz.
– Wszystko pasuje? – Dopiero po chwili zorientowała się że mówi o ubraniach.
– Rękawy są trochę za długie, a nogawki za krótkie... – Odpowiedziała zgodnie z prawdą, lekko unosząc prawą nogę. Zmarszczył brwi i usiadł koło niej, zachowując taką odległość by czuła się komfortowo.
– Zawsze kupujesz swoim zakładnikom nowe ubrania? – Zaryzykowała to stwierdzenie. Ale w innym wypadku chyba by się nie pytał prawda? Przyjrzał się jej uważnie i dopiero po chwili udzielił odpowiedzi.
– Tylko jeśli to konieczne. – Wyraźnie nawiązał do incydentu sprzed kilku godzin i Angeline mimowolnie się skrzywiła.
– Nie ma sensu przechodzić do pokoju przesłuchań. – Potarł dłonią brodę z kilkudniowym zarostem. – Załatwmy więc całą sprawę tutaj. – Dziewczyna skuliła się pod jego intensywnym spojrzeniem, w pewnym momencie wstał i stanął do niej przodem, opierając się o przeciwległą ścianę.
– Kiedy odbędzie się przewóz? – Zapytał twardo, a ona mimowolnie jęknęła. O co mu chodzi? Nie ma zielonego pojęcia o żadnym przewozie, czemu więc on w kółko się o niego pyta?
-Nie wiem.- Skuliła się i pokręciła głową, bała się że za chwilę znów zostanie ukarana za swoje słowa. Jej niepokój wzrósł kiedy poczuła na ramionach silne, męskie dłonie, otworzyła oczy i przyjrzała się mężczyźnie, on również nie odrywał od niej wzroku.
-Data.- Powtórzył, a ona w odpowiedzi pokręciła głową, próbowała wyrwać ramiona, ale trzymał ją mocno.
-Kiedy?
-Nie wiem...-Odpowiedziała i niemalże oczekiwała na ostry ból w okolicach barków...jednak nic takiego się nie stało, zamiast tego spostrzegła, że mężczyzna ukląkł przy niej, ich twarze znalazły się na jednej wysokości.
-Kiedy to się stanie?- Wyczuła od niego mocny zapach papierosów i lekko zmarszczyła nos.
-Nie wiem.- Powtarzała ciągle, za każdym razem zadawał jej to samo pytanie, na które ona wciąż podawała tę samą odpowiedź. W miarę jak rosła ilość jego pytań, jej głos stawał się coraz głośniejszy, robiła się coraz bardziej zdenerwowana, nie mogła już znieść tego całego przesłuchiwania.
– Kiedy? Kiedy to się stanie, Angeline? – On również nie pozostał obojętny, potrząsnął ją lekko, a jej wtedy puściły wszelkie hamulce.
– Nie wiem! – Wykrzyczała mu tak głośno, jak tylko potrafiła. Nie wiem nic o żadnym cholernym przewozie, nie wiem!- Na jego twarzy znowu pojawiła się maska obojętności, puścił jej ramiona, wstał i odwrócił się z zamiarem wyjścia. Na to nie mogła pozwolić.
– Jak długo będziesz mnie tu trzymał, żądając informacji których nie mam? – Nie przestawała krzyczeć, on zaś odpowiedział jej, nawet się nie odwracając.
– Tak długo, jak ich sobie nie przypomnisz. – Otworzył drzwi.
– W takim razie możesz od razu mnie zabić!- – Wykrzyczała mu na odchodne, wtedy on zatrzymał się i odwrócił. Tego się nie spodziewała.
– Uwierz mi, być może niedługo to zrobię. – Głos miał cichy i groźny, wyszedł po chwili, a zastygła w miejscu, kiedy słowa w pełni do niej dotarły.
Nie mogła rozgryźć tego człowieka. Raz zachowuje się niczym jej własny rycerz, broni jej od krzywdy, przywozi jedzenie i ubrania...z drugiej strony zaś, sam nieraz sprawił jej dotkliwy ból, a dziś jeszcze zapowiedział że ją zabije. Przecież gdyby wiedziała, powiedziałaby mu...nie miała jednak pojęcia, a on uparcie wmawiał jej że jest inaczej, sugerując że go okłamuje. Zrobiłaby wszystko, byleby się stąd wyrwać, to było najgorsze co do tej pory spotkało ją w życiu, tymczasem nie miała nawet pojęcia jaki jest dzień tygodnia i ile dni tak naprawdę już tu spędziła- wydawało jej się że całą wieczność...Położyła się na łóżku, podwinęła nogi i przykryła kocem-teraz naprawdę było jej ciepło, no może poza stopami, tych właściwie wciąż nie czuła, mężczyzna który kupił jej te ubrania nie zatroszczył się o skarpetki.
Jej myśli znów powróciły do tego skomplikowanego faceta. Uświadomiła sobie, że nie zna nawet jego imienia. Czasem patrzył na nią w taki sposób...zupełnie nie jak na swojego zakładnika ale jak na swoją...-bała się użyć słowa, jakie cisnęło się na usta. Ale nie to najbardziej ją przerażało, najgorsze było to co ona sama czuła w takich momentach...Również jego fizyczność nie ułatwiała jej zadania- gdyby spotkali się w innych okolicznościach, na pewno by ją pociągał...Pokręciła głową. Ale nie spotkaliśmy się.
Nagle zrobiła się senna, przerwała więc swe rozmyślania, zamknęła oczy i pogrążyła się we śnie.
  • awatar malinowaaa25: To jest po prostu świetne ! Bardzo polubiłam to opowiadanie, wiec czekam na więcej ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Rozdział 14
Wyrzucił wypalonego do połowu papierosa i wyciągnął nowego, jednocześnie pocierając dłonią czoło. To co zrobił było...nieplanowane. Sam się tego nie spodziewał- Wzrok zhardział mu kiedy przypomniał sobie obleśne łapy Tony'ego na delikatnym ciele Angeline. A może jednak dobrze zrobił. Pierwsza reakcja zwykle jest najlepsza- po głębszym zastanowieniu nie odczuwał już wyrzutów sumienia, wręcz przeciwnie, był raczej...zadowolony z siebie. Przed tym całym incydentem obiecał sobie że wróci do dziewczyny za parę godzin- zerknął na zegarek, skrzywił się odnotowawszy że nie minęła nawet jedna z nich. Zaczął nerwowo uderzać w blat biurka, w końcu, wypaliwszy już pół paczki papierosów, wstał gwałtownie, wyjął z biurka jeden zwitek banknotów i zarzuciwszy na siebie skórzaną kurtkę wyszedł z biura, upewniwszy się uprzednio, że kluczyk do celi Angeline znajduje się głęboko w kieszeni jego spodni. Jeżeli spędzę tu jeszcze moment, zwariuję...- Powiedział do siebie, popychając duże, przezroczyste drzwi. Znalazł się na chodniku i spojrzał na swój zaparkowany samochód-już ruszył w jego stronę, ale po chwili zmienił zdanie i poszedł piechotą wzdłuż wąskiej ulicy. Uznał że uda się na nieduże zakupy-potrzebował kilku rzeczy z działów budowlanych jak sznur czy taśma izolacyjna...-wyliczał w głowie, ale kiedy mijał centrum handlowe zatrzymał się na moment. Przypomniał sobie nagą skórę Angeline okrytą jedynie szorstkim pledem...teraz nie miała już nic innego. Przeszedł przez obrotowe drzwi i jego uszu natychmiast dotarła wesoła, drażniąca melodia, zobaczył tysiące ludzi od starszych, poważnych biznesmenów, po rozwrzeszczane nastolatki. Westchnął przeciągle i ruszył naprzód, jednocześnie rozglądając się za najbliższym butikiem. Wmawiał sobie że chce kupić jej ubrania jedynie ze względów...służbowych-no bo jak miał ją przesłuchiwać? Nagą?- Zadrżał na tę myśl, ale natychmiast się otrząsnął, wchodząc do niedużego, ale dość eleganckiego sklepu- sukienki wisiały na białych, pozbawionych głów manekinach, podłoga była wyłożona ciemną boazerią, a w całym pomieszczeniu roznosił się lekki, przyjemny aromat pomarańczy. Dwie młode ekspedientki przyglądały mu się intensywnie, kiedy pewnym krokiem szedł między regałami.
Co powinien kupić? Jego wzrok powędrował na śliczną, bladoniebieską sukienkę do ziemi, wykańczaną u dołu drobnymi diamencikami- suknia była dokładnie w kolorze jej oczu... – Creig, ty idioto, ona jest w celi! – Przywołał się do rzeczywistości i skręcił w lewo, gdzie rząd wieszaków i kilka półek zajmowały wyłącznie spodnie. Zdecydował się na jeden fason: proste, czarne z kieszeniami po bokach i lekko zwężanymi nogawkami- były z dosyć elastycznego materiału, gdyby nie krój, mogłyby uchodzić za dresy-uznał więc że będą odpowiednie. Problem pojawił się z dobraniem odpowiedniego rozmiaru...wyjął kilka wieszaków i zaczął porównywać je ze sobą, wyobrażając sobie obłe kształty Angeline, ale to zupełnie nie ułatwiało mu zadania-podobnie jak rozmiary wypisane na metkach...
– Mogę panu w czymś pomóc? – Słodka blondynka, odziana w jasny uniform patrzyła na niego z wyuczonym, służbowym uśmiechem. W pierwszym odruchu chciał zaprotestować , zaraz jednak zmienił zdanie, pamiętając, że musi jeszcze kupić coś na górę...
– Gdyby była pani tak uprzejma. – Posłał kobiecie zawadiacki, chłopięcy uśmiech, a ta natychmiast się zaczerwieniła, zaraz jednak opanowała się, kątem oka zerkając na rudą kobietę za ladą.
– Jakiego rozmiaru pan szuka? – Odchrząknęła i zapytała.
– Właściwie nie wiem... – Odparł zgodnie z prawdą. Kobieta uśmiechnęła się ze zrozumieniem, najwyraźniej często miała z czymś takim do czynienia.
– Jakoś sobie poradzimy. Ile wzrostu ma partnerka? – Wybałuszył oczy słysząc jakiego określenia użyła...partnerka. Zaczął zastanawiać się jakby to było, gdyby naprawdę nią była... przez dobrą chwilę jego myśli znowu krążyły przy Angeline, dopiero uprzejmy głos ekspedientki przywołał go do rzeczywistości.
– Proszę pana? – Zamrugał i otrząsnął się
– Myślę że około metr siedemdziesiąt. – Odparł niepewnie, a ekspedientka pokiwała lekko głową.
– Jest raczej szczupła czy...
– Szczupła. – Przerwał jej natychmiast, akurat tego jednego był pewien. – Ale nie wychudzona- dodał, a kobieta znowu kiwnęła głową i sięgnęła po odpowiednią parę.
-Myślę, że te będą dobre.- Creig z wdzięcznością przyjął od niej spodnie, odwiesiwszy uprzednio pozostałe pary.
– Mogę w czymś jeszcze pomóc? – Zapytała dziewczyna unosząc dłonie do góry.
– Właściwie tak. – Odparł – Potrzebuję jeszcze jakiegoś swetra... – Powiedział, przypominając sobie gęsią skórkę na ciele jego zakładniczki. – Dosyć ciepłego – dodał.
– Proszę za mną. – Kobieta ruszyła przodem, przez chwilę lustrował jej kształty, ale nie wzbudziły w nim jakiegoś wielkiego zachwytu, po chwili więc podniósł wzrok na jej włosy. Zatrzymała się przy niedużych manekinach i uniosła dłoń, prezentując mu sklepowy asortyment.
– Może któryś z tych? – Creig przez chwilę oglądał kolorowe ubrania, w końcu zdecydował się na biały sweter z owczej wełny z małym, okrągłym dekoltem. W tym wypadku z rozmiarem poszło znacznie łatwiej, wybrał po prostu jeden z nich, wiedząc że nawet jeżeli okaże się za duży, nie będzie to powód do zmartwień.
– Dziękuję, to wszystko. – Odprawił wpatrzoną w niego blondynkę, znowu się do niej uśmiechając, ta zaś po raz kolejny pokiwała głową i oddaliła się w stronę kas. On również powoli zmierzał w tym kierunku, ale zatrzymał się, mijając dział z bielizną. Zastanowił się przez chwilę...po chwili wybrał grzeczny, biały komplet: biustonosz wykańczany równie białymi tasiemkami i figi, z ładną kokardką. Tęsknym wzrokiem spojrzał na czerwoną, bardziej wymyślną bieliznę...Nie, to mogłoby tylko stworzyć niepotrzebne sytuacje i niedopowiedzenia. Zdecydowanym ruchem sięgnął po jasny zestaw: tym razem nie martwił się o rozmiar, po prostu był pewien że dobrze wybrał...udał się do kasy.
– Dzień dobry. – Przywitała niska, ruda kobieta wystukując wszystkie rzeczy na kasie i pakując je do czarnej, eleganckiej torebki.
– Razem dwieście sześćdziesiąt trzy dolary i pięćdziesiąt centów. – Bez słowa wyjął cały zwitek banknotów, zdjął gumkę recepturkę, wyliczył odpowiednią ilość i podał ją zszokowanej ekspedientce, po czym schował pieniądze z powrotem do kieszeni kurtki.
– Reszty nie trzeba... – Mrugnął, a dziewczynie niemal opadła szczęka. Zadowolony z siebie, przewiesił torbę przez ramię i wyszedł. Jego następnym przystankiem okazał się McDonald-Zobaczył z daleka szyld i, wszedł i stanął w kolejce, pamiętając, że przecież ma mnóstwo czasu. Obrócił głowę i zaczął przyglądać się ludziom wypełniającym restaurację: Cały jeden stolik zajmowała szczupła, wychudzona matka z dwojgiem małych dzieci, toczących zażartą wojnę o jakąś zabawkę, przy drugim siedział otyły, pryszczaty mężczyzna z długą brodą, zajadający burgera, zaś przy trzecim ujrzał...Otworzył usta, torba niemal wypadła mu z ręki: Przy jednym ze stolików siedziała jego siostra, trzymając za rękę jakiegoś wyrostka w okularach- chłopak co chwila pochylał się i szeptał jej coś do ucha, a ona uśmiechała się do niego zalotnie...okłamała go, miała być z koleżankami! To dlatego była taka rozmarzona zeszłego wieczoru, tu wcale nie chodziło o jakąś głupią sesję! Zalała go fala złości i smutku jednocześnie, dlaczego mu to robiła?
– Co dla pana? – Nawet nie słyszał głosu obsługującego go mężczyzny, tylko wciąż gapił się na Sonię...kilka sekund później zacisnął zęby, ale uznał, że nie będzie robił jej tu sceny, przy tych wszystkich ludziach.
– Proszę pana? Co podać? – Już drugi raz w ciągu godziny te słowa wyrwały go z zamyślenia, podniósł wzrok na szpakowatego, młodego mężczyznę i tylko pokręcił głową.
– Nic. – I wyszedł, nie oglądając się już za siebie. Stracił cały apetyt. Nagle zdał sobie sprawę, że przecież on też w kółko ją okłamuję i natychmiast zaczął się usprawiedliwiać:
Ja robię to dla jej dobra i bezpieczeństwa...A ona zwyczajnie nie chciała mi powiedzieć. Wolała mnie okłamać.- Wmawiał sobie, że nic go to nie obchodzi, że Sonia jest dorosła i on ma gdzieś z kim się spotyka...lecz w głębi duszy czuł się zraniony. Była jedną z niewielu osób którą obdarzył uczuciem, zaufaniem i opieką...i okłamywała go. Speszony opuścił centrum handlowe, nie mając już dziś ochoty na żadne wycieczki. Powłóczystym krokiem wrócił do biura, nie ożywił się nawet kiedy stanął już przed drzwiami celi. Otworzył je i wszedł, pozostawiając uchylone. Dziewczyna siedziała na łóżku, wciąż owinięta kocem. Bez cienia uśmiechu postawił na podłodze czarne zawiniątko.
– Ubierz się. – Powiedział jednostajnym głosem, w którym nie brzmiały żadne emocje.
  • awatar SallyLou: O, Creig na zakupach... Moja zszargana i umordowana wyobraźnia nie chce współpracować. On jest dla mnie zbyt wyjątkowy, by widzieć go w takiej sytuacji. Choć z drugiej strony żyje ze swoją siostrą całkiem zwyczajnie... Agent o podwójnej tożsamości :D Już się boję o tego zalotnika Soni, jak spotka Creiga, chyba szybko się ulotni z życia dziewczyny...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
,, Pisanie to samotna praca. Posiadanie kogoś kto w nas wierzy, bardzo dużo zmienia. Nasi bliscy nie muszą wygłaszać mów pochwalnych. Wiara zwykle wystarczy. ‘’
_________________________________________________________
Nie macie pojęcia jak bardzo zgadzam się z tym cytatem...

  • awatar Stajenne Świry: Bardzo mądry człowiek, jednak moim faworytrm cytatów jest George R.R. Martin <3
  • awatar Kowalski, opcje!: @Lovely Mess: Ja też je uwielbiam mimo, że nie czytałam żadnej jego książki. Mam zamiar zabrać się za ta najnowszą "Bazar złych snów."
  • awatar ☆Mała Czarna☆: Hey ^^ Zapraszam do mnie na bloga, jestem tu od wczoraj i bardzo zależy mi na komentarzach itp. Z góry bardzo dziękuję i przepraszam za spam <3 Miłego wieczorku ;*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Rozdział 13
– Inny? – Wydusił cicho, marszcząc brwi, dopiero wtedy obróciła głowę w jego stronę.
– Ale jesteś taki sam jak reszta tych bandytów – Przyrównała go do tych zbirów, przyrównała go do Robby'ego! Nie wiedział dlaczego tak go to poruszyło, przecież słyszał już dużo gorsze rzeczy na swój temat... bez słowa wyszedł, nie będąc w stanie dłużej zapanować nad własnymi emocjami.
– Kurwa! – Wykrzyczał waląc pięścią w metalową ścianę, głos rozniósł się po pomieszczeniu długim echem. Zrobiło mu się trochę lepiej, napięcie nieco opuściło, postanowił na parę godzin zostawić ją samą, Wtedy na pewno nabierze pokory, tak jak z jedzeniem – Pomyślał, zamknął wszystkie rygle, kluczyk jednak pozostawił w drzwiach- nie opłacało mu się go zabierać- i niemal zadowolony z siebie ruszył do swojego gabinetu. Zasiadł w głębokim skórzanym fotelu i zapalił papierosa, sekundę później mocno się zaciągając. Z papierosem w ustach zaczął przeglądać dokumenty, które od dłuższego czasu zalegały mu w szufladzie...studiował właśnie raport z jakiegoś przejęcia, kiedy drzwi gabinetu otworzyły się i stanął w nich Robby, po czym wszedł lekkim krokiem i zajął miejsce na niewielkiej kanapie.
– Przekazałeś raport? – Zapytał Creig, przypominając sobie że tego typka musi pilnować na każdym kroku, nawet jeżeli chodzi o tak błahą sprawę. Nigdy nie wiadomo co takiemu przyjdzie do głowy. Robby tylko pokiwał w odpowiedzi.
– Saragino chce wiedzieć kiedy dowie się czegoś o przewozie. – Powiedział cicho, wyraźnie czekając na odpowiedź Creiga, ale teraz to on pokiwał jedynie głową. Nie muszę mu się tłumaczyć... – Tak się usprawiedliwiał, ale prawda była taka, że sam nie wiedział kiedy uda mu się wyciągnąć cokolwiek z tej upartej, zarozumiałej panny...
Wymienił z Robby'm jeszcze kilka nieistotnych uwag, kiedy coś przyszło mu do głowy.
– Widziałeś się z Tony'm albo Paul'em? – Zapytał zerkając na zegarek. Czternasta trzydzieści. A wysłał ich o jedenastej...Haracze nigdy nie zajmowały im aż tyle czasu. Robby uśmiechnął się lekko, ale odpowiedział dopiero popędzony przez swojego szefa.
– Tak...wydaje mi się że widziałem ich jak schodzili na dół... – Mówi i drapie się po brodzie jakby intensywnie się nad czymś zastanawiał. – O jej, czy to nie tam przebywa nasza słodka królewna?- Zapytał udając szok i teatralnie przykładając dłoń do ust. Creig zaczął niemalże toczyć pianę.
– I mówisz mi to dopiero teraz?! – Wrzeszczy, ale natychmiast zrywa się z fotela, zostawiając niedopalonego papierosa na biurku. Odprowadzany ironicznym śmiechem Robby'ego schodzi w dół i pokonując po dwa stopnie na raz zbiega do piętra na którym znajdują się cele. A może Robby go tylko podpuścił? – Szepcze głos w jego głowie, ale nie słucha go-musi sprawdzić, musi się upewnić. Otwiera gwałtownie drzwi i wciąga gwałtownie powietrze.
Tony i Paul, do połowy rozebrani, koszulka Angeline rozdarta, podobnie jak bielizna plecak z haraczem leży w rogu, zupełnie zapomniany...Tony pochylony nad roztrzęsioną dziewczyną i szpecący jej coś do ucha, jednocześnie kładąc łapy na jej nagim ciele. Zalała go fala dzikiej furii, dawno nie czuł takiej nienawiści- Doskoczył do Tony'ego, odciągnął go od dziewczyny i mocno pchnął na ścianę, po chwili jego ramię wystrzeliło w powietrze i uderzało raz za razem, z głośnym chrupnięciem łamiąc mężczyźnie nos.
– Co do... – Drugi z braci doskoczył do Creiga, chcąc obronić brata, wtedy ten odwrócił się i z łatwością obezwładnił również jego- w końcu, pobitych i zakrwawionych wypchnął ich z celi mocno zamykając drzwi. Odwrócił się i spojrzał na Angeline, która, nie przestając łkać, zrobiła się cała czerwona, wstydziła się swojego ciała, skrępowane ręce nie pozwoliły jej w żaden sposób go osłonić. Bez słowa przykrył ją kocem i niemal rozerwał pętające ją więzy- przeklinał teraz sam siebie, że w ogóle je zawiązał...ale z drugiej strony co by to dało? Przecież i tak sama nie obroniłaby się przed dwoma wielkimi facetami...trzeba było zabrać ze sobą ten cholerny klucz!- Wyrzucał sobie.
– Jak mogłeś... – Angeline usiadła, tak mocno przyciskając do siebie koc, że aż zbielały jej kostki. – Przysłałeś ich tu żeby...a potem się rozmyśliłeś tak? – Przymknęła oczy, on zaś otworzył szeroko swoje własne. Jak ona może tak myśleć? Nie dałem jej powodów, by myślała o mnie inaczej.
– Nie, przysięgam! To wcale nie tak! – Ukląkł przy niej, ale ona tylko pokręciła głową, schowała twarz w dłoniach i zaniosła się głośnym płaczem. Creig zbladł nagle, uświadomiwszy sobie że przecież już mogli ją skrzywdzić...nie wiedział jak długo przebywali z nią sam na sam. Stanowczo odsunął jej dłonie od twarzy i przyjrzał się jej dokładnie.
– Angeline! – Zaczął rozgorączkowany. – Czy oni coś ci zrobili? Angeline spójrz na mnie! –Przeniósł dłonie z jej rąk na twarz i uniósł ku sobie, patrząc proste w jej niebieskie, zapłakane oczy.
– Czy zrobili coś...poza rozebraniem cię? – Nie odpowiedziała, zaczynał już tracić cierpliwość, nie mógł znieść tej niepewności. – Odpowiedz! – Powiedział trochę ostrzej niż zamierzał, ale przynajmniej przyniosło to zamierzony efekt.
– Nie zdążyli. – Powiedziała w końcu cicho, a Creig przymknął oczy i wypuścił głośno powietrze, pełny niewysłowionej ulgi. Po chwili zabrał dłonie z jej policzków i wstał, ale czuł, że jeszcze nie jest gotowy by ją opuścić. Usiadł więc koło niej na pryczy, zachowując oczywiście odpowiednią odległość, nie chciał jej już więcej dziś przerazić.
– Jak się czujesz? – Uznał to pytanie za beznadziejne, kiedy tylko wydostało się z jego ust, ale było już za późno by coś zmienić, zresztą, jakoś musiał przerwać ciszę jaka zapadła między nimi. Angeline przycisnęła koc mocniej do piersi, ale nawet na niego nie spojrzała.
– A jak mam się czuć? – Wyszeptała wciąż poruszona wydarzeniami sprzed kilku minut. Chciał jej jakoś pomóc, jakoś złagodzić ten ból, czuł się za niego odpowiedzialny...tylko że nie miał pojęcia jak ma tego dokonać.
– Przykro mi. Nawet nie masz pojęcia jak bardzo. – Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu zdecydował się na szczerość. Angeline spojrzała na niego w końcu i prychnęła lekko, z drwiną.
–Tobie jest przykro? – Przełknęła ślinę, a on po raz kolejny pożałował swoich słów. – Nie chcę twojego współczucia. – Powiedziała nagle, z każdym kolejnym głosem jej głos stawał się coraz twardszy, donioślejszy. – Nie chcę od ciebie nic, poza wolnością! Nic rozumiesz? –Niemalże krzyczała, ale w końcu zrezygnowana opuściła ramiona i schowała w nich głowę. A więc oficjalnie go nienawidziła...westchnął cicho, jego wzrok powędrował do plecaka wciąż stojącego przy drzwiach. Powoli wstał, zabrał go i wyszedł, tym razem zabierając kluczyk ze sobą. Powłóczystym krokiem wrócił z powrotem do swojego gabinetu, oczywiście cała trójka już na niego czekała, haracz oznaczał dla nich...wypłatę. Paul właśnie przykładał lód do nosa swojego brata, Robby zaś przyglądał im się z zaciekawieniem, wyraźnie zawiedziony, że wszystko go ominęło. Creig zajął miejsce za biurkiem, otworzył plecak i wysypał wszystkie banknoty na biurko. Szybko poukładał je w równe stosiki, każdy po tysiąc dolarów i każdy obwiązał przezroczystą gumką. Jedno spojrzenie upewniło go że wszyscy jego podwładni zastygli w bezruchu, Jeszcze chwila i zaczną się ślinić...-pomyślał, po czym odliczył pięć tysięcy, związał je kolejną gumką, tym razem większą i mocniejszą i rzucił Robby'emu- ten natychmiast złapał zielone zawiniątko, niczym pies aportujący patyk, po czym uśmiechnął się szeroko. Creig otworzył szufladę i umieścił tam resztę pieniędzy-swoją część zabierze sobie później.
– Możecie już iść. – Powiedział, na co Robby niemal natychmiast zerwał się i wyskoczył z pomieszczenia, zaś Tony i Paul przyglądali mu się zszokowani.
– Na co czekacie? – Rzucił im zniecierpliwione spojrzenie. – Wynocha! – Już wystarczająco się na nich dzisiaj napatrzył.
– A nasza dola?- Wykrztusił w końcu Tony, wyraźnie podenerwowany.
– Nie dostaniecie ani grosza. – Odparł, nie bez satysfakcji. – To może wam się odechce głupich zabaw... – Dodał tytułem wyjaśnienia. Tony natychmiast się nastroszył.
–To przez tę zdzirę!? Nawet nic nie zdążyliśmy zrobić tej małej dziwce... – Creig zacisnął dłonie w pięści.
– Powiedz jeszcze słowo, a rozkwaszę ci nie tylko nos! – Powiedział przez zaciśnięte zęby. –Moi zakładnicy są nie do ruszenia.
– Ty sukinsynu...to też nasza forsa – Tony ruszył w jego stronę, ale Creig był szybszy: zareagował niemal instynktownie, ze wciąż otwartej szuflady wyciągnął niewielki, czarny pistolet, wstał i wycelował nim w stronę swojego podwładnego. Tamten zamarł, po pomieszczeniu rozszedł się charakterystyczny dźwięk, świadczący o tym że teraz wystarczy tylko pociągnąć za spust by...
Paul, z natury spokojniejszy od swojego czasami zbyt porywczego brata starał się załagodzić cały konflikt. Uniósł wysoko dłonie, w geście poddania.
– Słuchajcie, uspokójmy się trochę... – Creig nie usłuchał, wciąż trzymając Tony'ego na muszce. Paul widząc to, położył bratu dłoń na ramieniu i spojrzał przepraszająco na swego pracodawcę.
– Daj spokój stary...każdy z nas ma żonę i dzieci Za co mamy im kupić jedzenie, jeśli nie dasz nam pieniędzy? – Creig zaklął w duchu...co za tupet!
– Powinniście być wdzięczni swoim dzieciom. – Przerwał mu, ani na sekundę nie opuściwszy pistoletu. – Tylko one sprawiły, że wciąż żyjecie. W innym wypadku Robby prawdopodobnie pakowałby już was w czarne worki. – Powiedział zimno, z satysfakcją odnotował że obydwaj bracia, jak na zawołanie zbladli, słysząc jego słowa.
– Wynocha. – powtórzył, nawet nie podnosząc głosu. I bez tego wszystko zabrzmiało wystarczająco groźnie. Jako pierwszy ożywił się oczywiście Tony.
– Tak, odwrócę się a ty wtedy strzelisz mi w plecy! Czarci... – Paul klepnął go mocno w plecy, zmuszając do zaprzestania swoich wymysłów.
– Daj spokój Tony, idziemy! – Niemal popchnął brata w stronę wyjścia.
– Strzelanie w plecy nie jest w moim stylu.. – Powiedział Creig jeszcze na sekundę zatrzymując go w miejscu. – Zabiera to co w tym najlepsze: kiedy strzelasz w plecy nie jest ci dane zobaczyć przerażenia w oczach swej ofiary...a tego, w twoim wypadku nie chciałbym przegapić- I odłożył pistolet, z powrotem zajmując miejsce za biurkiem, bracia zaś natychmiast się ulotnili, nie potrzebowali już żadnej innej zachęty...
  • awatar SallyLou: Podłe, oślizgłe, ohydne larwy! Na miejscu Creiga bym takich ubiła, chociażby za niestosowanie się do jego rozkazów. A Robby powinien od razu zarobić w gębę i to tak by mu szczęka pękła, za to, że jeszcze drwił sobie z sytuacji.
  • awatar Lisa Angels: Co za @#@#!$@!#!#! Mają żony i dzieci?! Wykastrować ich i powiesić dla przykładu za... wybacz trochę mnie poniosło, świnie jedne! Dobrze, że Creig zdążył na czas.
  • awatar izzybell: Świetne opowiadanie i wogóle cały blog ♡♡ zapraszam do mnie^^
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 

Stephen King o ,,Carrie „ : ,, Miałem cztery problemy z tym co napisałem: Po pierwsze, najmniej ważne, ta historia nie poruszała mnie emocjonalnie. Po drugie i nieco istotniejsze, nie darzyłem specjalną sympatią głównej bohaterki […] Po trzecie, jeszcze ważniejsze, nie czułem się pewnie w wymyślonym przez siebie otoczeniu […] Po czwarte i najistotniejsze, szybko uświadomiłem sobie, że aby móc odpowiedni się rozwinąć, historia ta musiałaby być bardzo długa […] Toteż ją wyrzuciłem”

Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Stephen King #3
,, – Gdy piszesz tekst, opowiadasz sobie samemu pewną historię – powiedział – Kiedy go poprawiasz, twoim głównym zadaniem jest usunięcie wszystkiego, co nie należy do tej historii ‘’


 

 
Rozdział 12
Creig domyślił się wszystkiego niemal natychmiast, to było zupełnie normalne, że nie chciała tu wchodzić: Z pokojem przesłuchań wiązały się prawdopodobnie najgorsze wspomnienia w całym jej życiu. Mężczyzna stanął tuż za nią i wyszeptał jej do ucha:
– Pamiętasz co powiedziałem? – Usłyszał jak dziewczyna gwałtownie przełyka ślinę, po chwili pełnej wahania weszła jednak do tego pokoju: przerażona stanęła na środku i spojrzała na niego z przestrachem, kiedy dokładnie ryglował drzwi od środka. Wyjął jedno składane krzesło i rozstawił je na środku, tuż przed Angeline.
– Siadaj. – Rozkazał cicho.
***
Po chwili wahania dziewczyna wykonuje jego polecenie, ale niepokój nie opuszczał jej ani na chwilę, zwłaszcza kiedy Creig zaczął krążyć nad nią niczym sęp...
– Jak pewnie wiesz, Francja ogarnięta jest wojną... – Zaczął jakby byli w kawiarni, a nie w jakimś podziemnym pomieszczeniu bez okna. Angeline bez słowa pokiwała głową, zastanawiając się do czego on zmierza.
– Na pewno wiesz także o masowych wywozach kobiet i dzieci z tamtych regionów... –Ponownie odpowiada mu jedynie kiwnięciem głowy. O Francji dowiedziała się z gazety, widziała zdjęcia kobiet przewożonych w kontenerach niczym bydło, napełniło ją to grozą.
– Bardzo dobrze... – Powiedział mężczyzna wyraźnie usatysfakcjonowany. – W najbliższym czasie mają odbyć się dwa takie przewozy... – Przyjrzał się jej, jakby badając reakcję, a jej nie pozostało nic innego, jak tylko przyglądać mu się nierozumiejącym wzrokiem. Podszedł do niej i lekko się pochylił.
– I tu zaczyna się twoja rola Angeline... – Musnął jej zadarty nos palcem i uśmiechnął się łobuzersko. – Powiedz mi kiedy i którędy to się odbędzie, a wyjdziesz stąd jeszcze dziś... –Popatrzyła na niego wielkimi oczami. A skąd niby mam to wiedzieć? – To była pierwsza myśl jaka przyszła jej do głowy.
– Nie wiem o czym ty mówisz... – Zaczęła, a on lekko pokręcił głową, ale nie przestał się uśmiechać
– Znowu się nie doceniasz moja droga... – Drgnęła słysząc ten ton. – Dwa tygodnie temu dostałaś od Ambasady amerykańskiej pewien list do przetłumaczenia... – Ciągle nic nie rozumiała. – Czy to trochę odświeża ci pamięć? – Szczerze mówiąc ta informacja nie pomogła jej ani trochę...dwa tygodnie...na ogół miała dobrą pamięć, takiego listu zupełnie sobie nie przypominała...
– Nie. – Powiedziała krótko, bo ta cała sytuacja zaczęła ją trochę denerwować. Porywają ją, a potem oczekują informacji których po prostu nie ma!- Mężczyzna westchnął ciężko i znowu zaczął powolnym krokiem chodzić po pomieszczeniu.
– Angeline...Angeline... – Powtarzał raz za razem – Coś czuję że długo u nas zabawisz... –Roześmiał się cicho, a jej złość znów podeszła do gardła, opanowała się jednak, pamiętając ostatni raz kiedy dała się ponieść emocjom.
– Nic nie wiem o żadnych przewozach... – Powiedziała spokojnie, kładąc dłonie na kolanach.
– Czy aby na pewno? Może pod wpływem odpowiedniej perswazji zmienisz zdanie? – Zapytał z lekką groźbą w głosie.
– Nie mogę powiedzieć ci czegoś, czego nie wiem... – Wyszeptała rozpaczliwie, a on znowu gardłowo się roześmiał.
– Pożyjemy, zobaczymy. – Podszedł do niej i złapał ją za przedramię. Zdziwiona podniosła wzrok, ale nie śmiała się sprzeciwiać. Ale kiedy mężczyzna poprowadził ją z powrotem do drzwi, wszystko do niej dotarło i musiała zaprotestować...wyrwała się gwałtownie, Creig początkowo myślał że zbiera się do ucieczki i krew w nim zawrzała, dziewczyna jednak zatrzymała się w miejscu, zupełnie nieruchomo, jakby wrosła z podłogę.
– Nie tak się umawialiśmy! – Zarzuciła mu groźnym tonem. – Miałeś mnie wypuścić jak już odpowiem na twoje pytania! Spojrzał na nią z mieszaniną kpiny i poirytowania.
– Masz słabą pamięć aniołku. – Jego twarz przybrała obojętny, zimny wyraz, kiedy ponownie chwycił ją pod łokieć. – Powiedziałem że wypuszczę cię, jeśli będziesz współpracować. Ale ty jesteś zbyt uparta...no cóż, może parę kolejnych nocek w celi sprawi że zmienisz decyzję. –Mocno szarpnął ją do wyjścia, lecz kiedy tylko znaleźli się w korytarzu, Angeline niespodziewanie odwróciła się w jego stronę, uniosła lekko kolano i...z całej siły kopnęła Creiga w krocze. Wydał jęk bólu i puścił ją odruchowo, składając się w pół, ta natychmiast wykorzystała sytuację i ile sił w nogach pognała przed siebie. Wiązanka siarczystych przekleństw była ostatnią rzeczą, jaką usłyszała, biegła , nie bardzo wiedząc dokąd- odruchowo wspięła się po schodach, przypominając sobie co powiedział jej wcześniej mężczyzna- że znajduje się w podziemiach firmy. Skoro w podziemiach, to gdzieś wysoko musi być wyjście na powierzchnie prawda? Dostrzegła kolejne schody i ruszyła w ich stronę, przyspieszyła słysząc za sobą odgłos kroków i głos wykrzykujący jej własne imię. Zaczęła przemierzać kolejne korytarze, szukała albo kolejnych schodów, albo wyjścia na górę...jednak nic takiego nie dostrzegła.
Coraz bardziej spanikowana zaczęła biec na oślep, byle tylko wciąż pozostać w ruchu, nagle zabrnęła w ślepą uliczkę, zatrzymała się, niemalże odbijając się od pustej ściany. Odwróciła się natychmiast i chciała znów zaczął swój bieg, zobaczyła jednak coś, co siłą zatrzymała ją w miejscu. Jakieś kilka metrów przed nią szedł Creig, wpatrując się w nią, jego zielone oczy miotały błyskawice, przez nozdrza wydostawały się głośne oddechy, dłonie miał mocno zaciśnięte, kiedy zbliżał się do niej coraz bardziej...ten widok ją sparaliżował, jeszcze nigdy nie widziała go z taką furią, z takim obłędem w oczach...Obróciła się z powrotem w stronę ściany i jęknęła żałośnie, znajdowała się w sytuacji bez wyjścia, była w ślepej uliczce...Rzuciła się więc w jego stronę z głośnym okrzykiem, mając nadzieję, że jakimś cudem uda jej się przebić się przez barierę, jaką stanowiło jego ciało. Oczywiście tak się nie stało, zamiast tego, para silnych rąk obięła ją najpierw w pasie, potem niżej tuż nad kolanami...mężczyzna bez trudu przerzucił ją sobie przez ramię, jej opór nie stanowił dlań żadnego problemu. Wierzgała i rzucała się, kiedy niósł ją z powrotem do celi-wszystko na próżno, silny uścisk jego rąk na biodrach zdawał się być nie do przełamania...
– Powiedziałem ci co zrobię jeśli spróbujesz uciec... – Usłyszała z głową przy jego plecach i poczuła lodowate zimno w okolicy serca. – I zamierzam dotrzymać słowa. – Zaczęła wyrywać się jeszcze bardziej, rzucała się jak świeża ryba na patelni kiedy zaniósł ją z powrotem do chłodnej celi, brutalnie rzucił na łóżko, a sam znowu zniknął za drzwiami.
Natychmiast podniosła się z pryczy i zaczęła walić pięściami w metalowe wrota, naiwna niczym dziecko...Po chwili drzwi same się otworzyły i stanął w nich Creig. W dłoniach dzierżył gruby, biały sznur...
***
– Nie! – Zaczęła krzyczeć jeszcze zanim jej dotknął, ale jemu nie zrobiło to żadnej różnicy-tym razem był nieugięty. Przedstawił jej swój warunek, ona się zgodziła, a potem go złamała...musi ponieść konsekwencje. Nic na tym świecie nie obejdzie się bez kary.- Z tą myślą zwinął kawałki sznura wokół prawego nadgarstka i znowu brutalnie rzucił ją na łóżko, jednocześnie siadając na niej okrakiem, by nie miała możliwości ucieczki. Zaczęła z całej siły machać rękami, po jej twarzy lały się gorące strumienie łez...
– Więcej nie będę, obiecuję! – Krzyczała zapłakanym głosem, ale on udawał że wcale go nie słyszy. – Błagam, nie rób tego! – Złapał ją za jeden nadgarstek i zaczął mocno owijać go sznurem, zupełnie nie zważając na jej płaczliwy głos, czy drugą rękę młócącą go po plecach. W końcu zawiązał mocny węzeł, zaś drugi koniec przywiązał do metalowej ramy łóżka. Z drugą ręką poszło mu znacznie szybciej, po dosłownie kilkunastu sekundach oba węzły były już gotowe, Creig wciąż na niej siedząc przyjrzał się swemu dziełu: Ręce miała uniesione, przeniósł wzrok niżej i dostrzegł ładne, okrągłe piersi, dodatkowo teraz wyeksponowane, ten widok lekko zmącił mu umysł, stał się bardziej świadomy sposobu w jaki jego własne uda, odziane jedynie w jeansy dotykają jej nagich nóg...Przez chwilę zastanawiał się czy nie przywiązać również ich, ale po chwili stwierdził, że to nie będzie konieczne. Niechętnie podniósł się z dziewczyny i z rękami w kieszeniach stanął obok łóżka.
–Tak każę nieposłuszeństwo.. uprzedziłem cię o konsekwencjach jakie będą cię dotyczyć jeśli podejmiesz próbę ucieczki, a ty nie posłuchałaś. – Pokręcił głową w geście dezaprobaty. – Miałem cię za mądrzejszą kobietę...jak widać pomyliłem się. – Chciał wyjść, kiedy zatrzymał go jej cichy, łamiący się głos.
– Ja też się pomyliłam. – Głowę miała odwróconą do ściany, nie patrzyła na niego wypowiadając te słowa. – Myślałam że jesteś inny... – Oniemiał. Jak miał na coś takiego zareagować, do cholery?!
  • awatar malinowaaa25: To jest po prostu cudowne! Cóż mogę więcej rzec? Nie mogę doczekać się soboty ;)
  • awatar SallyLou: Hm takie rozdziały uwielbiam :D Wiesz, że wcześniej byłam pewna, iż Angeline zobaczyła jakiegoś trupa? Ech zawsze muszę się pomylić... A co do Creiga, straszny brutal z niego. przecież widzi, że dziewczyna jest na granicy obłędu i raczej w takim stanie się nie kłamie. Takie traktowanie jej w niczym mu nie pomoże.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Rozdział 11
Obudziło go słońce wpadające przez pozbawione zasłon okno. Z jękiem zasłonił dłonią oczy i przekręcił się na niewygodnej kanapie.
– Sonia! – Z ust mężczyzny wydobyło się głośne, markotne wołanie, czuł się zupełnie jak niedźwiedź, który wybudził się z długiego, zimowego snu... tyle że za wcześnie.
– Sonia! – Krzyknął ponownie, a kiedy odpowiedziała mu jedynie cisza, niechętnie podniósł się do pozycji siedzącej. Bolały go plecy, był cały spocony i nawet nie pamiętał kiedy zasnął...Przyłożył dłoń do lepiącego się czoła i potarł je lekko, jego palce natrafiły na niewielkie zadrapania. Gwałtownie podniósł się z kanapy i spojrzał na kuchenny zegar: Dziesiąta piętnaście. – Cholera, powinien już być w biurze! – Na lodówce dostrzegł różową kartkę zapełnioną ładnym, symetrycznym pismem, zerwał ją i szybko przeczytał, marszcząc przy tym oczy.
Creig!
Na przyszłość wyłączaj telewizor zanim uśniesz! I te plamy od piwa...wiesz ile będę musiała to szorować? Pewnie byłeś bardzo zmęczony po pracy i to dlatego...będę dziś koło 20, wychodzę po pracy z koleżankami. Zostawiłam ci naleśniki na śniadanie.
Sonia
Niemal gwizdnął cicho czytając jej rozprawkę... bez strzępków sumienia wyciągnął z lodówki talerz cienkich naleśników i pochłonął wszystkie, nawet ich nie podgrzewając. Potem udał się na górę, do łazienki, ale zanim wszedł pod prysznic, mignęło mu jego własne odbicie w lustrze. Zatrzymał się w pół kroku i przyjrzał się sobie uważnie. Przez środek twarzy, począwszy od czoła, a skończywszy na brodzie biegły trzy cienkie, czerwone szramy. Roześmiał się cicho, istotnie, raczej nikt nie uwierzy mu kiedy powie, że zaciął się przy goleniu...podrapał się po lekko zarośniętej brodzie...wypadałoby się już ogolić- robił to tylko raz w tygodniu, w niedzielę. Uświadomił sobie, że niedziela wypada właśnie dziś i obiecał że zrobi to wieczorem. Rozebrał się z przepoconych dresów i wskoczył pod prysznic, humor miał już dużo lepszy.
Po drodze do firmy zatrzymał się przy niewielkiej budce z tanim jedzeniem.... zastanawiał się chwilę, postukując w kierownicę, po chwili wysiadł i wciąż niepewny kupił hod-doga na wynos. Kilka kilometrów dalej stwierdził, że przyda mu się kawa, zatrzymał się więc przy Mc-drive i później na pełny gazie i już bez żadnych przystanków dojechał do biura.
Z hot-dogiem i kawą wkroczył do swojego gabinetu, zastał tam, jak co dzień, swoich trzech podwładnych, czekających na jego rozkazy. Minął ich bez słowa i usiadł przy biurku.
– Wy dwaj odbierzecie dzisiaj haracze w mieście – Powiedział wskazując braci.
– A ty – Zwrócił się do Robby'ego. – Pojedziesz do szefa z raportem. – Chciał być dzisiaj sam w biurze, co do Paula i Tony'ego nie obawiał się za bardzo, ale Robby'ego wolał mieć daleko, daleko stąd...
Zdziwiła go potulność podwładnych- wszyscy trzej bez słowa pokiwali głowami i niemal natychmiast skierowali się do drzwi.
– Jesteś pewien, że nie będziesz potrzebował naszej pomocy? – Powiedział Robby zatrzymując się przy drzwiach. Wyraźnie nawiązywał do ran na jego twarzy...Creig wypuścił głośno powietrze i posłał mu wrogie spojrzenie. A więc wszystko w normie... – stwierdził słysząc za drzwiami głośny, gardłowy śmiech zbira.
Wypił kawę, zabrał hot-doga i udał się do celi. Delikatnie otworzył drzwi, niepewny co zastanie, ale wszelkie obawy okazały się niepotrzebne: urzeczony spojrzał na skuloną postać pogrążoną w głębokim śnie: Przykryła się kocem po samą szyję, wystawała jedynie głowa, długie włosy rozsypały się po szarej pryczy, oczy miała delikatnie przymknięte, usta rozchylone...niemal na palcach wszedł do pomieszczenia i zamknął za sobą drzwi. Usłyszał jakiś dźwięk i myślał że Angeline po prostu się obudziła, ale kiedy się odwrócił, spostrzegł, że jedynie zmieniła pozycję: przekręciła się na plecy i wyprostowała, nogi do połowy łydek wystawały jej za łóżko. Wczorajsze jedzenie zdążyło zaschnąć na podłodze, stolik wciąż na niej leżał...pochylił się i chciał postawić go na miejsce, chociaż starał się zrobić to jak najciszej, metalowy mebel z głośnym brzękiem wylądował na podłodze. Angeline natychmiast otworzyła oczy i posłała mu leniwe, ciepłe spojrzenie...cieszył się chwilą, wiedział jak to jest: pierwsze kilka sekund po przebudzeniu to czasem najlepsza część dnia, nic się nie pamięta, nie ma żadnych smutków, ani zmartwień...przez jakieś pięć sekund.
Pięć sekund Angeline właśnie minęło.
Gwałtownie usiadła na pryczy, wciąż owijając się ciasno kocem i spojrzała na niego przytomniej.
– Dzień dobry. – Powiedział, bo te słowa wydały mu się odpowiednie. Nie odpowiedziała, więc wyciągnął do niej rękę z hot-dogiem, mając szczerą nadzieję, że dwa dni bez jedzenia ostatecznie rozmrożą jej upór...
– Przywiozłem ci śniadanie... – I zastygł z wyciągniętą dłonią czekając na jej reakcję. Zobaczył w jej oczach wewnętrzną walkę, zdawała się rwać całą wieczność, po chwili, pełna zrezygnowania, wyciągnęła dłoń i w przeciągu kilku sekund pochłonęła cały posiłek...a raczej przekąskę. Uśmiechnął się do niej zadowolony.
– Gdybym wiedział że dziś będziesz jadła przywiózłbym coś większego. – Spojrzała na niego z nienawiścią. Nagle uświadomił sobie dlaczego to zrobiła. To wcale nie głód złamał jej upór- miała w sobie tyle silnej woli, że faktycznie wolałaby umrzeć z głodu niż coś od niego przyjąć...Po prostu się go bała. Bała się, że jeżeli tym razem nie wykona jego polecenia on znowu zrobi jej krzywdę...być może gorszą niż poprzednio- mina mu zrzędła, kiedy sobie to wszystko uświadomił...
– Dzisiaj miałeś mi powiedzieć... – Usłyszał cichy, nieśmiały głos, który przywrócił go do rzeczywistości. Spojrzał na nią i zmarszczył brwi...faktycznie tak jej obiecał? Faktycznie... – pomyślał, przypominając sobie własne słowa i westchnął ciężko. Skoro tak powiedział...pokiwał lekko głową.
– Wiem...i powiem. Ale nie tutaj. – Spojrzał w jej zszokowane oczy i natychmiast wrócił m rezon. Znowu dzierżył władzę.
Kiedy Angeline otrząsnęła się już z pierwszego szoku, powoli wstała, odłożyła ciemny koc i lekko pokiwała głową. Creig odruchowo złapał ją pod ramię, natychmiast się skuliła i próbowała delikatnie wyplątać rękę z tego uścisku, oczywiście na próżno.
– To nie będzie konieczne... – Powiedziała cicho, zaglądając mu w oczy. Zagryzł wargę, przez chwilę ważył tę decyzję w głowie. Nawet jeżeli zacznie mu uciekać, to przecież i tak sama nie znajdzie włazu do wyjścia na powierzchnię prawda?- Przyszło mu nieoczekiwanie do głowy.
– W porządku. – Odparł i puścił jej ramię. – Ale jeżeli zrobisz cokolwiek by spróbować uciec... – Przerwał, by nadać swoim słowom znaczenia. – Resztę swojego pobytu tutaj spędzisz przywiązana do tej pryczy- wskazał podbródkiem łóżko.- I wtedy nic ci nie pomoże...
Na twarzy dziewczyny najpierw pojawił się szok, po chwili jednak poważnie pokiwała głową i oblizała spierzchnięte wargi.
– Zgadzam się – powiedziała tak cicho, że ledwo to usłyszał, właściwie odczytał słowa z ruchu jej warg. Mężczyzna położył dłoń na drzwiach i odwrócił się do niej.
– Jak już wyjdziemy idziesz po mojej lewej stronie, przede mną. Ręce przy ciele. – Chociaż drzwi wciąż były zamknięte, Angeline już wykonała ostatnie polecenie, prostując się przy tym.
– Dobrze – Pochwalił Creig i otworzył ciężkie drzwi. Pozwolił Angeline wyjść pierwszej i chwilę później ruszył za nią.
– Idź prosto, tak długo aż nie wydam innego polecenia – Powiedział zwięźle. Był pod wrażeniem zdyscyplinowania dziewczyny: ręce trzymała równo przy ciele, jej kroki były lekkie i miarowe, głowę trzymała wysoko i nawet się nie rozglądała. Dochodzili do metalowych schodów, Creig więc po raz kolejny wydał rozkaz.
– Wejdź po schodach i zatrzymaj się – Tak też zrobiła. Gdyby tylko moja banda była mi tak poddana i posłuszna...-pomyślał niemal tęsknie.
– Podejdź do tych drzwi. – Wskazał je palcem i dziewczyna natychmiast to zrobiła. Podążył za nią i otworzył mosiężne wrota, dając Angeline znak, by poszła przodem. Ta zrobiła krok do przodu i zamarła, gwałtownie wciągając powietrze.
  • awatar .paulina: fajnie piszesz :)
  • awatar TheSimsomaniaczka4: Hey bardzo fajne opowiadanie
  • awatar SallyLou: Po pierwsze: Znowu mi to robisz! Będę się gryzła do wtorku zastanawiając się co też ujrzała Angeline... Po drugie: To Creig nie jest szefem? byłam pewna, że to on wszystkimi rządzi... Robi się coraz ciekawiej, aczkolwiek szkoda mi tej dziewczyny. Musi okropnie cierpieć, a niczym nie zawiniła.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›