• Wpisów: 333
  • Średnio co: 2 dni
  • Ostatni wpis: 1 rok temu, 09:42
  • Licznik odwiedzin: 24 134 / 902 dni
 
zakiraluna
 
Rozdział 27
– Ostatnie słowa?–  Zaśmiał się szyderczo, ale ona nie odpowiedziała ani nie protestowała. Przestała płakać, już nie walczyła, zamknęła oczy i po raz pierwszy w życiu nie bała się śmierci- była gotowa stanąć z nią twarzą w twarz. Już zaczynało brakować jej powietrza, kręciło się w głowie, nie słyszała połowy tego co mówił jej Joseph,  jeszcze tylko moment...Nagle ucisk na szyi zelżał, na ciele odczuła to kilka sekund później- odruchowo nabrała powietrza i otworzyła oczy.
***
        To co zobaczył, przeraziło go, ten stary oblech leżał na Angeline całkiem nagi, ręce miał zaciśnięte na jej szyi, zdawał się być w transie, nawet nie usłyszał jak Creig sforsował zamek w drzwiach...a wcześniej jego dwóch strażników...Z okrzykiem dzikiej furii złapał starego za ramiona i zrzucił z dziewczyny, adrenalina i złość dodały mu siły, tamten zaś zupełnie nie spodziewał się tego ataku, z szokiem na twarzy wylądował na podłodze, Creiga nawet nie obchodziło to że jest nagi i jak śmiesznie teraz wygląda...zaczął kopać go z całej siły, tamten zaś zwijał się z bólu, po kilku minutach słychać było pęknięcie żeber. Ale Creig nie miał zamiaru na tym poprzestać, obrócił go na brzuch i usiadł na nim, jednocześnie podnosząc jego głowę do góry, brutalnie ciągnąc za włosy. Tamten z trudem łapał oddech, charczał i chrząkał, kiedy Creig wyciągnął z kieszeni scyzoryk. Nagle usłyszał gardłowy krzyk starego i to trochę go zadziwiło.
– Czego się śmiejesz?– Przemówił, a właściwie wykrzyczał do niego po raz pierwszy.
–  Dałeś się omotać tej małej dziwce...i zapłacisz za to. Pomszczą mnie.–  Nie powiedział już nic więcej, bo w tej chwili zimna stal zatopiła się w jego ciele. Poderżnął mu gardło.
        Głowa upadła bezwładnie, Creig puścił trupa i wstał, odwracając się do Angeline. Widząc że nawet się nie podniosła, tylko wciąż leżała natychmiast do niej podszedł.
– Angeline!- Szeptał gorączkowo gładząc ją po włosach.–  Jesteś ranna?- Dziewczyna nie odpowiadała, oczy wciąż miała mocno zaciśnięte, omiótł więc jednym spojrzeniem jej ciało, nie dostrzegł żadnych ran i wtedy zorientował się o co chodzi. Usiadł na łóżku i delikatnie wziął ją w ramiona.
– Angeline, Angeline...–  Kołysał ją delikatnie w rytm poruszania się statku.– Otwórz oczy i spójrz na mnie.–  Na chwilę przerwał i pogłaskał ją po policzku. Wykonała jego polecenie, widok cierpienia w jej oczach zmroził mu krew w żyłach- nigdy czegoś takiego nie widział. Były zupełnie puste, wyglądała, jakby utraciła wszystko...Znowu ją do siebie przytulił, jej cierpienie bolało i jego, wolałby przyjąć to wszystko na siebie, choćby podwójnie, żeby tylko nie ona...
– Już po wszystkim.–  Powiedział łamiącym się głosem. Nie wiedział że najgorsze dopiero się zaczęło...
– Dlaczego nie pozwoliłeś mi umrzeć?- Zapytała go cienkim, słabym głosem.¬– Nie mam już po co żyć...- Nie chciał tego słuchać. Mówiła to z pewnym przekonaniem, pomimo marnej siły głosu. Tulił ją do siebie mocno, bał się, że tym razem może utracić ją już na zawsze...
– Nie mów tak...nie waż się tak mówić...–  Głos drżał mu, kiedy wypowiadał te słowa.- Kocham cię rozumiesz?- Wyznał jej w końcu to, do czego tyle się zbierał.- I nie pozwolę ci odejść.
–  Nie ma miłości...– Z jej oczu znowu zaczęły płynąć łzy, pomyślał wtedy, że musi dać jej czas.. tak, czas będzie tu najlepszym lekarstwem. Owinął ją z powrotem w jasny materiał prześcieradła, wyglądała teraz jak...anioł. Jak anioł ze złamanym skrzydłem.
        Delikatnie wziął ją na ręce i wyniósł z tego nieszczęsnego jachtu, położył ją na tylnym siedzeniu samochodu, cierpiał, nie otrzymując z jej strony żadnej reakcji...po raz pierwszy jechał zgodnie z przepisami, nie przekraczał prędkości czterdziestu na godzinę, więc droga powrotna zajęła mu ponad godzinę, na szczęście nie został zatrzymany przez żadnego policjanta. Zerkał na nią na każdych światłach, tylko unoszące się i opadające ramiona utwierdzały go w przekonaniu że wciąż żyje. Cieszył się, kiedy znalazł się w końcu na swoim podjeździe- nie mógł jej przecież zawieść do jej własnego domu, w najbliższym czasie wolał mieć ją pod stałą obserwacją. Znowu wziął ją na ręce i wniósł do środka, po raz kolejny nie widząc żadnego protestu i zdecydował, że położy ją w pokoju Soni- Było blisko jego sypialni, no i pokój był bardziej...pozytywny, niż jego. Zresztą i tak stał teraz pusty...ułożył ją w miękkiej pościeli i wyciągnął z szafy swojej siostry duży podkoszulek w żyrafę- kiedy ją ubierał, czuł jakby miał w rękach lalkę, a nie żywą kobietę- wpatrywała się tępo w przestrzeń, jej twarz nie ukazywała żadnych emocji...przysunął sobie krzesło i usiadł przy niej, jakieś pół godziny później zdał sobie sprawę że zasnęła- zapewne bardziej z wycieńczenia niż chęci, ale to nieważne. On zaś nie przestawał się jej przypatrywać. Nie wiedział co dalej...nie wiedział czy ktoś będzie go ścigał za to co zrobił. Będę musiał poszukać sobie innej pracy...-Pomyślał, ale ta myśl nie przyniosła mu jakieś szczególnej przykrości. Zabił czworo ludzi- Ale dwaj sobie na to zasłużyli. Zbuntował się przeciwko swemu przybranemu ojcu...a to wszystko z miłości do tej małej, kruchej istoty. Przypomniało sobie pojęcie, jakie gdzieś kiedyś zasłyszał: Syndrom Sztokholmski...jak to było? Pojawienie się uczuć do porywacza...pomoc porywaczom...chora miłość do swego oprawcy. A jeżeli przydarzyło mu się coś zupełnie odwrotnego? Co jeżeli to on...zakochał się w swojej ofierze?

Nie możesz dodać komentarza.

 
  •  
     
    Takie to smutne! I jak mogłaś pozwolić na taki koniec?! Co się stało z Angeline? Pozbierała się? Po czymś takim... brak mi słów... Czułam, że możesz to zrobić... ale miałam nadzieje, że tym razem przyjaciółkopatkia nie zadziałała. Jestem naprawdę pod wrażeniem różnicy poziomu pomiędzy Viktorią, a Syndromem, widać jak bardzo się rozwinęłaś. Naprawdę należą ci się brawa.